wtorek, 9 marca 2021

Wodnik w piekle.

 

Mieliśmy już w historii muzyki Erę Wodnika, niedawno, za sprawą Godz Ov War Productions, otrzymaliśmy Erę Anty-Wodnika. Za obie odpowiadają Amerykanie, o ile jednak ta pierwsza kojarzy się z hippisami, druga została stworzona przez zespół, który z pacyfizmem nie ma raczej wiele wspólnego, o czym świadczy choćby jego nazwa. Phalanx Inferno nie przywodzi na myśl kwiatów we włosach, kolorowych ubrań i starych Volkswagenów, pełnych zjaranej młodzieży. Nie, Phalanx Inferno (swoją drogą, ciekawe, czy nazwa pochodzi od falangi, czy od systemu artyleryjskiego, instalowanego na okrętach) to death metal, dlatego też Wodnik w tytule nie do końca jest Wodnikiem.

Debiut Phalanx Inferno zaczyna się bardzo amerykańsko, jak rasowa death metalowa produkcja zza oceanu, których wiele poznać mogliśmy w latach dziewięćdziesiątych. I w dużym stopniu taka pozostaje do końca (cztery kompozycje autorskie plus udany cover Celtic Frost, razem prawie dwadzieścia pięć minut muzyki), choć możemy doszukać się tu także domieszki black metalu. Dla mnie jednak jest to produkcja zdecydowanie bardziej death metalowa, poprzez swój ciężar, brzmienie, wokale i gitarowe szaleństwa, wprowadzające element chaosu i opętania. Soczyste, miażdżące, ciężkie riffy, zza których czasami przebija się bas, dominacja temp szybkich i bardzo szybkich. Phalanx Inferno nie idzie popularną ostatnio drogą gruzowania wszystkiego i wszystkich, podąża ścieżką klasyków gatunku. I robi to udanie, choć przy okazji niczego nie odkrywa. Ale odkrywać nie musi, bo wszystko co najlepsze w takim graniu, już dawno zostało odkryte, ważne, by nie zanudzić słuchacza, by dać mu coś ciekawego, coś, co nadal może – nawet u weterana gatunku – wzbudzić zainteresowanie. To się Amerykanom udaje, przede wszystkim dlatego, że umiejętnie balansują pomiędzy rytmicznym, szybkim, klasycznym death metalowym pościgiem a gitarowymi szaleństwami, które – niegdyś bardzo popularne – wprowadzają ten wspaniały, kosmiczny chaos. Bywało już i tak w historii śmierć metalu, że twórcy potrafili z nimi przesadzić, tu jednak wykorzystane są umiejętnie. Doceniam to, bo bardzo je lubię. Dla mnie to nieodłączny element death metalowych wydawnictw, bo na takim graniu się wychowałem. Bez wątpienia więc muzycy Phalanx Inferno sumiennie odrobili zadanie domowe. I dzięki temu wyszedł im krążek ciekawy, taki, którego fajnie się słucha, zarazem nie aspirujący do miana czegokolwiek nowego. To po prostu solidny materiał, jeden z tych, które budują siłę sceny i podziemia bo są jego fundamentem. Kolejną cegłą, która wzmacnia i utrwala scenę, pozwala jej egzystować i przenosić na kolejne pokolenia wzorce dawnych mistrzów. Polecam wszystkim, którzy doceniają solidny death metal. Nie zawiedziecie się.


Phalanx Inferno - „The Age of Anti-Aquarius”. Godz Ov War Productions, grudzień 2020.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz