czwartek, 18 marca 2021

Długi, czarny korytarz.

 

Morbid Winds, niekwestionowany lider okładek w polskim podziemiu, wypuścił wreszcie pełnowymiarowy materiał. Czekałem na ten krążek niecierpliwie, bo pochodzące z 2020 roku demo „The Ruin of Forgotten Desolation”, bardzo przypadło mi do gustu (o nim tutaj). Nowy materiał potwierdza, że Morbid Winds to jeden z oryginalniejszych zespołów na naszej scenie i nie mam tu na myśli tylko okładki, choć ta tradycyjnie już, przyciąga uwagę. Diabolizer nie został wymieniony jako jej autor, ale jego styl jest niepowtarzalny i rozpoznawalny, wątpliwości więc nie mam. Jest jednak jeszcze coś, mianowicie budowa samego albumu, którego tytuł może ją w jakimś stopniu odzwierciedlać.

Pierwszy pełniak Morbid Winds zatytułowany jest (uwaga, to potrwa!): „The Black Corridors of the Abbysal Depths of Existence Opened Their Gates”. Wiem, do rekordzistów z Nekkrofukk daleko, ale tak czy siak, krótko nie jest. Jest to zarazem tytuł jedynego utworu na tym albumie, bowiem ten album to jeden utwór. Mam nadzieję, że wszystko jest zrozumiałe. Trwa on trzydzieści trzy minuty i skomponowany jest tak, że kompletnie nie odczuwamy braku przerw pomiędzy kompozycjami. I za to brawa, bo panowie grają muzykę, która przecież nie jest niesamowicie złożona, rozbudowana i pełna wodotrysków. To nadal prosty, piwniczny, podziemny black metal, operujący w granicach klasycznego instrumentarium, siedzący mocno w latach dziewięćdziesiątych. Prosty, ale nie prostacki i właśnie dzięki temu ten krążek jest tak ciekawy, właśnie dlatego nie nudzi, pomimo tego, że to ciągłość przez ponad pół godziny. Dużo się tu dzieje, choć finalnie wszystko sprowadza się do tego, co już w przypadku Morbid Winds znamy – black metalu klasycznego, zrodzonego w polskich latach dziewięćdziesiątych, osadzonego w średnich tempach, z charakterystycznym wokalem, doskonałą perkusją, która w tego typu muzyce odgrywa ważną rolę i świetnymi gitarami. Te ostatnie potrafią kilka razy zaskoczyć, proponując nam skoczne riffy. Zmiany tempa, choć nieznaczne, melodii, zwykły akcent na blachach, wszystko to jest na tyle dobrze wplecione w tę długą kompozycję, że naprawdę trudno odczuć, iż to tylko jeden utwór. Dużo dają, zastosowane gdzieniegdzie klawisze, co znamy już z poprzedniego wydawnictwa. Nie ma żadnych wątpliwości, że zespół świetnie czuje się w takim graniu i dzięki temu ten album płynie gładko z całą swoją chropowatością, podziemnym klimatem i piwniczną atmosferą. Brzmienie, jakie udało się uzyskać, doskonale dopełnia całość, nadaje odpowiedniego klimatu oraz bezbłędnie umieszcza ten krążek w określonym czasie. Nie wiem, czy zespół od początku planował taką formę tego wydawnictwa, czy po prostu powstało kilka numerów, które potem zostały połączone, nie ma to jednak większego znaczenia, bo efekt końcowy jest wyśmienity. Bez wątpienia warto było czekać, nie zawiodłem się. W tej chwili to jedna z najlepszych, tegorocznych, krajowych rzeczy, które zrodziło nasze podziemie. Będę wracał do „The Black Corridors of the Abyssal Depths of Existence Opened Their Gates”, bo warto wracać do wyśmienitego black metalu. I choć to świeży krążek, to ja już czekam na kolejny, bo jestem pewien, że będzie się wyróżniał nie tylko okładką.


Morbid Winds - „ The Black Corridors of the Abyssal Depths of Existence Opened Their Gates”. Morbid Chapel Records, luty 2021.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza