niedziela, 7 marca 2021

Duch Bannockburn ciągle żywy.

 

Jeśli choć trochę znacie historię Szkocji, wiecie kim był Robert The Bruce, nie jest wam obca szkocka walka o niepodległość, lub choć widzieliście „Braveheart” i ujęła was niezłomna postawa tamtejszych górali, którym przewodził William Wallace, to debiut Càirdeas Fala jest dla was. Wszystko tu jest szkockie, poza samymi wykonawcami, bo zespół pochodzi z Australii (nie można oczywiście wykluczyć szkockich korzeni jego członków). Szczerze mówiąc, by polubić „Sons of the North”, nie musicie być tak naprawdę wielbicielami szkockiej historii i orędownikami ich sprawy – wystarczy, że lubicie dobry black metal.

Lirycznie obracamy się nie tylko w czasach średniowiecznych walk o niepodległość, bo lądujemy też w okopach I wojny światowej (do czego choćby nawiązuje okładka), dostajemy też kilka tekstów pełnych bojowego zapału i wezwań do walki w duchu 1314 roku, czyli bitwy pod Bannockburn. Dwudniowe starcie z Anglikami, skończyło się zwycięstwem Szkotów. Jest więc wzniośle, bojowo, na szczęście panom udało się uniknąć patosu, w jego mniej pozytywnym wymiarze. Album rozpoczyna szybki i gęsty black metal, porównywalny z nawałnicą bądź kawaleryjskim szturmem, z czasem jednak pojawia się więcej średnich temp. Gęstość pozostaje, natomiast szybkość poszczególnych kompozycji została dopasowana do tematyki utworu, co uważam za bardzo słuszny zabieg. Dzięki temu krążek jest autentyczny i choć nie nazwałbym go koncepcyjnym, to jednak wszystko tu ze sobą współgra i się uzupełnia. Bez wątpienia został dogłębnie przemyślany i skomponowany wedle wcześniej nakreślonego planu. Nie znaczy to oczywiście, że brak mu serca, duszy czy spontaniczności – szczególnie tych dwóch pierwszych rzeczy nie można mu odmówić – twórcy wiedzieli po prostu co chcą osiągnąć i to zrealizowali, przy okazji wlewając w niego masę osobistych uczuć odnośnie tematu przewodniego. I to słychać. Mocno skłaniam się ku teorii, że korzenie australijskiego duetu tkwią gdzieś na północ od Newcastle, bo nie wyobrażam sobie, by panowie mogli z takim samym zaangażowaniem, tworzyć kompozycje traktujące o walce niepodległościowej Basków. Wystarczy poczytać teksty. Wracając do muzyki, muszę wspomnieć, że w pierwszej chwili trochę skonfundowała mnie gęstość tego albumu, oraz jego spore zróżnicowanie. Musiałem się przez jakiś czas z tymi dwoma rzeczami oswajać, ale na szczęście nie trwało to długo. Gęstość to po prostu zasługa brzmienia, które finalnie sprawdza się, szczególnie w tych agresywnych, potężnych fragmentach, podkreślając ich moc. Zróżnicowanie – o czym już wspomniałem – tak tempa jak i nastroju, wynika w moim odczuciu z podążania dźwięków za słowami, nie jest więc niczym złym ani nowatorskim. Nie są to więc w żadnym wypadku wady tego wydawnictwa, raczej zalety. Irytuje tylko automat perkusyjny, który sprawdza się jedynie w przypadku temp średnich. Kiedy ruszamy do szturmu, robi się gorzej. Cóż, szkoda, że nie ma tu żywych bębnów, ale nie można mieć wszystkiego. Jest za to sporo pięknych melodii, dużo dobrych riffów i bardzo udane wokale. Reasumując – bardzo ciekawy krążek, tak muzycznie jak i lirycznie. Takie debiuty zasługują na uwagę, mam nadzieję, że zespół na tym nie poprzestanie i uraczy nas czymś jeszcze w przyszłości.


Càirdeas Fala - „Sons of the North”. Werewolf Promotion, styczeń 2021.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza