wtorek, 16 lutego 2021

Świątynia agresji.

 

Człowiek zawsze coś przegapi. Za dużo tych wszystkich albumów wychodzi. Albo po prostu jestem już za stary, by wszystko zauważyć i sprawdzić. Nie wiem, w każdym razie są potem problemy, bo trzeba korygować podsumowanie roku. Trzeba, bo debiutancki krążek Temple of Decay to po prostu petarda! Nie wiem jakim sposobem mi umknął, ale umknął. Dostałem go dopiero niedawno do recenzji i z miejsca się zakochałem. Ukazał się we wrześniu 2020 roku i bez wątpienia zasługuje na miejsce w dziesiątce najlepszych, krajowych wydawnictw.


Temple of Decay to jednoosobowy projekt, za którym stoi Polak, o pseudonimie Mortt. To co nam zaproponował na „Last Manifestation of Life”, to bezkompromisowy cios skonstruowany z black/death a nawet thrash metalu. Określenie tego, co gra Temple of Decay, to największy problem tego krążka, bo naprawdę gościmy tu szeroką gamę stylów, wykraczających czasami poza metal – choć to tylko w kwestii motoryki bądź wokali. Ja nie podejmę się jednoznacznego nazwania tej muzyki, sądzę jednak iż to nie ma sensu ani nikomu nie jest potrzebne. Temple of Decay gra po prostu bardzo dobrze, bardzo agresywnie i bardzo chwytliwie. Pięć utworów, w tym dwa po polsku, to dawka energii porównywalna z wjazdem na sektor przeciwnej drużyny. Tu ciągle coś się dzieje, znikąd padają strzały konkretne jak beton, muzyka pędzi i rozbija wszystko. Wspomagana świetnymi wokalami, przeskakuje od klasycznego black metalu, przez death do thrashu. Ta zabójcza mieszanka jest doskonale stworzona, niczego nie ma tu za dużo, niczego za mało. Pomimo całej agresji zawartej na „Last Manifestation of Life”, jest tu miejsce dla melodii, dla – wręcz – hitowych momentów, które mogą porwać do tańca. Przodują w tym dwa utwory po polsku. Są po prostu doskonałe. Nie wiem czy Mortt pójdzie w przyszłości w tym kierunku, ale jeśli mogę coś doradzić – chłopie, zrób to. Jasne, angielskie numery też są jak najbardziej w porządku, ale te polskie mają w sobie tak niesamowity ogień, taką energię i taki klimat, że nic tylko chwytać za karabin, miecz, czy nawet widelec. Generalnie debiut Temple of Decay to album z gatunku tych, które podniosłyby cały cmentarz do żywych. Jestem po prostu zachwycony. Nie potrafię znaleźć słabych stron tego wydawnictwa, bo ich tu po prostu nie ma. Wszystko zostało doskonale wymieszane, skomponowane, nagrane i dzięki temu dostajemy naprawdę świetny debiut. Brzmienie tego krążka także zasługuje na brawa, bo choć jest ciężkie, to ma w sobie mnóstwo przestrzeni, dzięki czemu energia samych dźwięków nie zostaje zabita. Brawo, panie Mortt. Już zacieram rączki i czekam na kolejne materiały, bo to coś pan tu odstawił, jest naprawdę doskonałe.

A na koniec mała dygresja. Podziemie to cudowna rzecz. Kopalnia diamentów. Ale… jeśli nawet ja, który siedzi w tym podziemiu na co dzień, żyje nim i oddycha, przegapiłem taki krążek, to co powiedzieć o ludziach, którzy nie są tak zbratani z czeluściami muzycznymi? Oni nie mają szans poznać Temple of Decay. I dla nich, mam nadzieję, jest ta recenzja. Oby dotarła do szerokiego grona odbiorców, bo muzyka tego projektu naprawdę zasługuje na uznanie.


Temple of Decay - „Last Manifestation of Life”. Black Death Production / Wolfmond Production, wrzesień 2020.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz