środa, 10 lutego 2021

Litera K.

 

Długo szła do mnie ta płyta. Podjętych zostało kilka prób doręczenia, aż wreszcie po bodajże dwóch tygodniach perypetii z kurierami, udało się. Okazuje się, że skrzynki na listy to nadal bardzo przydatna rzecz. Kiedy już dotarła, musiałem się z nią oswoić, bo to materiał dziwny i na pierwszy rzut ucha, wręcz oczywisty. Skojarzenia nasuwają się momentalnie. Ale tylko na pierwszy, dlatego dałem jej czas. I czas ten zmienił moje postrzeganie debiutu Königreichssaal, choć nie zmienił faktu, iż zespół powinien mocno popracować nad swoim własnym, oryginalnym stylem.

Uf, nie jest to prosta nazwa, ale udało się ją napisać, na szczęście istnieje „kopiuj/wklej”. Zespół to polski, złożony z trzech muzyków a „Witnessing the Dearth”, to ich pierwsze wydawnictwo. To, co jako pierwsze rzuca się w oczy, to jakość wydania. Ciężko się do samego krążka dostać, bo jest to bardzo pozawijany digipack. Nie jest to wygodne, ale przyznaję – wygląda efektownie. Königreichssaal to kolejny polski zespół pod sztandarem angielskiej Cult of Parthenope i po raz kolejny widać, że wytwórnia się stara. Miejmy nadzieję, że nie objawia się to tylko w jakości wydania, ale także w dystrybucji. Formalności mamy za sobą, przejdźmy do zawartości albumu, który trwa czterdzieści minut i zawiera siedem kompozycji. Kiedy mija intro zostajemy wrzuceni w to oczywiste skojarzenie, o którym już pisałem. Nazywa się ono Kriegsmaschine. Z jednej strony, to bardzo dobre odniesienie, z drugiej – to naprawdę słychać, w moim odczuciu aż za mocno. Na szczęście jest to przede wszystkim drugi utwór, najdłuższy „Der Kreuzweg”. W dalszej części krążka echo krakowskiego projektu nadal pobrzmiewa, ale głównie w samym brzmieniu „Witnessing the Dearth”. Głównie, bo nie tylko. Königreichssaal szukanie swojej drogi zaczyna od trzeciej kompozycji i robi to do końca albumu. Nie powiem wam, że ją znalazł, bo w moim odczuciu nie do końca, na pewno lubi grać niespiesznie, trochę rytualnie, wplatając deklamacje, bazując na ciężkim brzmieniu i gęstej atmosferze mroku. Brzmienie to rzecz, z którą mam tu największy kłopot, bo jak już pisałem, za bardzo przywodzi na myśl Kriegsmaschine, z drugiej jednak jest naprawdę dobre, może się podobać i mnie się podoba. Daleko tu do mroźnego północnego black metalu, zresztą, zupełnie inne są tu kompozycyjne zamiary. I to się sprawdza, bo do muzyki Königreichssaal pasuje dobrze. Nie zmienia to faktu, że pomyślałbym nad pewnymi zmianami, które są wymagane, by mówić o większej oryginalności. Najmocniejszym akcentem „Witnessing the Dearth”, jest jego zamknięcie. Ostatni, zaśpiewany po polsku „Bez czasu, bez boga, bez was”, można określić mianem hitu, to kompozycja porywająca. Świetnie sprawdzają się polskie wokale, doskonale zespół wypada w szybszych, bardziej przestrzennych obszarach. Utwór odstaje od reszty albumu, można zaryzykować stwierdzenie, że to był eksperyment w wykonaniu muzyków, dla mnie bardzo udany. To jest coś, co należałoby rozważyć na przyszłość, bo w tej chwili nie widzę by Königreichssaal miał tożsamość w stu procentach swoją. Te inspiracje są tak mocne, że nie sposób pozbyć się wrażenia ich dominacji, także w czwartej czy szóstej kompozycji. Panowie coś zmieniają, coś próbują, sporo dają od siebie, ale cóż – tylko ostatni numer odcina się całkowicie od stylu krakowian. Słychać na szczęście, że talent w zespole jest, potencjał tu drzemie, dobrze byłoby więc rozwinąć to, co wydarzyło się na końcu.

Jest to jednak krążek solidny, który na pewno przypadnie do gustu zwolennikom zespołu, którego nazwa padała tu już zbyt często, więc jej nie powtórzę. Polubią go też ci, którzy cenią sobie gęstą i duszną atmosferę, oraz moc w brzmieniu. Wszyscy pozostali powinni zwrócić uwagę na ostatni utwór, bo to naprawdę mocny punkt programu, świadczący o tym, że Königreichssaal może w przyszłości dać nam wiele dobrego.


Königreichssaal - „Witnessing the Dearth”. Cult of Parthenope, grudzień 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza