niedziela, 28 lutego 2021

Gniew wilka.

 

Ostrzyłem sobie kły na ten materiał, jak głodny wilk. Wypuszczony przedpremierowo utwór, nie pozwalał zachować się inaczej. Jestem wielbicielem charakterystycznego, polskiego black metalu lat dziewięćdziesiątych a taką właśnie muzykę zwiastował singiel (nie posłużę się tytułem, bo już nie pamiętam, który to był numer, ale to bez większego znaczenia). Po usłyszeniu całości, wiem już, że Szary Wilk to coś więcej, ale to tylko i wyłącznie działa na plus, bo dzięki temu pełnowymiarowy debiut zespołu z Ostrołęki, wypada naprawdę doskonale.


Wszystko zaczyna się od okładki, której autorem jest niezawodny Robert von Ritter (pozdrowienia!). I choć nie jest to jego najlepsza praca, z tych, które dane było mi zobaczyć, to nadal trzyma wysoki poziom i się wyróżnia. A co najważniejsze, pasuje do konceptu i całej reszty. Wszystko tu utrzymane jest w czerni i bieli, odpowiednia czcionka, odpowiednie zdjęcie. Słowem, bardzo udany wehikuł czasu, jest tak, jak ma być. Jesteśmy w latach dziewięćdziesiątych, w głębokim podziemiu. Czy potwierdza to także muzyka? I tak i nie, choć w pierwszej chwili wydaje się, że w całości tak. Ale wystarczy zagłębić się w ten materiał, by zrozumieć, jak wiele Szary Wilk dał od siebie. Bo teoretycznie, wszystko tu podchodzi pod granie z kręgów TTF, szczególnie wokale, blachy (doskonała robota!) i częściowo gitary. Ale… no właśnie, te ostatnie robią tu dużo, dużo więcej. Wnoszą ogrom melodyki, która dodaje sporo smaku albumowi, potrafią nawet przynieść skojarzenia ze starą Grecją, czego bym się nie spodziewał. Żyją, są bardzo aktywne i nie dają o sobie zapomnieć. Materiał nie jest bardzo długi, bo to nieco ponad trzydzieści minut, jednak ilość ciekawych melodii i riffów, stanowczo wykracza poza normę. I potrafią te zagrywki porwać, ponieść jak wilka do lasu. A gdy dorzucimy do tego naprawdę dobrą perkusję i świetny wokal, otrzymujemy muzykę na bardzo wysokim poziomie. Nasze lata dziewięćdziesiąte charakteryzowały się specyficznym klimatem, o czym wielokrotnie pisałem. Szary Wilk także go przywołuje, choć na pewno nie w takim stopniu jak kilka innych hord podążających tą ścieżką. W żadnym wypadku nie odbieram tego jako minus „Wrath”, wręcz przeciwnie. Płyta ma dzięki temu swoją własną, niepowtarzalną atmosferę, bez wątpienia jednak bazującą na dokonaniach starych mistrzów. Wyróżnia się ten krążek także brzmieniowo, bo choć to podziemie, to daleko tu do zatęchłej piwnicy, choć oczywiście krystalicznie czysto też nie jest. W moim odczuciu udało się panom dobrze zbalansować te dwa światy, dzięki czemu dostaliśmy stricte podziemne wydawnictwo, na którym wszystko fajnie słychać. I za to także brawa. Mówiąc krótko – doskonały album, bez wątpienia jeden z kandydatów do końcowej dziesiątki najlepszych, tegorocznych, krajowych wydawnictw. Ostrzyłem sobie kły i się nie zawiodłem. Oby tak dalej i nie mam tu na myśli tylko Szarego Wilka.

Na koniec mała konstatacja. Spoglądajcie częściej w głębsze rejony krajowego podziemia, bo od jakiegoś czasu dzieje się w nich dużo więcej ciekawych rzeczy, niż w kręgach, które są wypełnione dużo bardziej znanymi nazwami. Zespoły takie jak Szary Wilk, będące teoretycznie drugą jedenastką, są w istocie dużo ciekawsze, dużo bardziej perspektywiczne i szczere w tym co robią, od tych, którzy już się po boisku nabiegali i trochę pochwał zgarnęli.


Szary Wilk - „Wrath”. Putrid Cult, luty 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz