wtorek, 2 lutego 2021

Certyfikat bękarta.

 

Taran powrócił! Co prawda „Devilish Storm” nie przynosi premierowego materiału, bo jest to kompilacja najstarszych dokonań zespołu, ale to tylko drobny szczegół, który nie powinien nam psuć przyjemności, jaką daje obcowanie z tym wydawnictwem. Na jednym krążku znalazło się, pochodzące z 2004 roku, pierwsze demo, czyli „Storming the House of God”, oraz utwory z wydanego w 2005 roku splitu z Moontower. Wisienką na torcie jest zamykający wydawnictwo, nigdy wcześniej niepublikowany w tej wersji, utwór „Popioły”. Razem daje to prawie pięćdziesiąt minut muzyki, dzięki czemu słucha się tego jak wyśmienitego pełniaka.

Przede wszystkim dlatego, że to bardzo spójny materiał. Jasne, oba te wydawnictwa dzielił zaledwie rok, więc z jednej strony nie ma się czemu dziwić, z drugiej jednak, nie zawsze tak przecież bywa. W tym jednak przypadku oba zestawy kompozycji dopełniły się doskonale. Po drugie, Taran jest naprawdę jak taran, rozbija wszystko na swojej drodze i swym bezkompromisowym black metalem potrafi porwać. Płyta mija bardzo szybko, bo dostajemy tu cios za ciosem. Mogłoby się wydawać, że dwa covery (Darkthrone i Gorgoroth), które tu znajdziemy, mogą gdzieś rozbić spójność i energię tego wydawnictwa, ale nic takiego się nie dzieje. Zostały doskonale wkomponowane w styl zespołu oraz w ten konkretny zestaw numerów. Po trzecie, to po prostu dwa bardzo dobre wydawnictwa, które nie powinny zostać zapomniane, dlatego bardzo dobrze, że zostały wznowione. Podejrzewam, że nie jest teraz łatwo dostać ani pierwszego demo, ani splitu z Moontower. Wychodziły dawno temu, w ograniczonych nakładach, pod skrzydłami totalnie podziemnych wytwórni, mogły więc w świadomości wielu, zniknąć już w otchłani czasu i zapomnienia. Na szczęście „Devilish Storm” je od tego ocali, bo nie mam wątpliwości, iż ten krążek będzie cieszył się dużym powodzeniem. Po czwarte, samo wydanie robi bardzo dobre wrażenie, jak zwykle kawał doskonałej roboty w wykonaniu Ihasana, który tym razem nie ograniczył się tylko do kaligrafii, jest też autorem okładki. Brawo. Najważniejsze jest jednak to, że Taran to ceniony projekt i choć od lat nie jest aktywny, nie powinno to mieć wpływu na jego odbiór. Bo to przecież black metal w swej najczystszej postaci, pełen nienawiści, gniewu i agresji. Tu nie ma chwil na zadumę czy kontemplowanie atmosfery, tu jest tylko wojna, krew i pożoga. Wrota wszystkiego co święte trzeszczą od uderzeń tego dźwiękowego tarana, który jeńców nie bierze, nie zwalnia, nie ma zamiaru odpuścić wrogowi ani na moment. Black metal w tej postaci to w ostatnich latach raczej rzadki towar, tym bardziej więc należy docenić wznowienie obu tych materiałów. Wielu panów silących się na idiotyczne eksperymenty i pseudo - intelektualne spusty, powinno posłuchać „Devilish Storm”, bo tak powinno grać się black metal. To jest wojna i śmierć, to zło i ciemność, to po prostu totalne zniszczenie wszystkiego, co „święte”. I jest ktoś, kto wie o tym najlepiej i może wystawić Taranowi certyfikat jakości. Krwią zbryzgany nazareński bękart.

Kupować. Bluźnić, pluć i palić. Nie zastanawiać się. Na pohybel!


Taran - „Devilish Storm”. Werewolf Promotion, grudzień 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza