środa, 6 stycznia 2021

Zimowe lasy Finlandii.

 

Bardzo śmieszą mnie wszelkie podsumowania roku, czynione w listopadzie, czy nawet grudniu. To trochę tak, jakby w meczu nie liczyć już bramek strzelonych po osiemdziesiątej minucie. A przecież listopad i grudzień potrafią przynieść bardzo dobre albumy. Tak było choćby w dopiero co pożegnanym 2020 roku. Finowie z Ymir i Valravn, Niemcy z Totenwache czy Norwegowie z Varde, dostarczyli naprawdę świetne krążki, przy których należy zatrzymać się na dłużej. Co najmniej dwa z nich znajdą się w moim podsumowaniu roku. Dziś zajmiemy się powrotem Ymir, bo to zespół, który milczał czternaście lat, by wreszcie wypuścić album zatytułowany po prostu „Ymir”. 


Finowie nie dawali znaku życia przez czternaście lat, ale nie można powiedzieć by i wcześniej byli niezwykle płodni. Historyczny dorobek zespołu zamyka się w dwóch demach, pierwsze z nich ukazało się w 1999 roku. Na pełnometrażowym debiucie znajdziemy jeden utwór pochodzący z drugiego demo, wydanego w 2006 roku „Silvery Howling”. Reszta to kompozycje nowe. Jest ich łącznie sześć, dających prawie czterdzieści minut muzyki. Bardzo dobrej muzyki, ale wiadomo – Finowie i black metal to mariaż perfekcyjny. Aż żal, że ten zespół tak długo milczał, bo potrafi stworzyć wspaniały klimat i atmosferę. W zasadzie okładka mówi wszystko – jesteśmy w lesie zasypanym śniegiem, w latach dziewięćdziesiątych. Ymir raczy nas black metalem klasycznym, głęboko osadzonym w drugiej fali, z której czerpie wszystko to, co najlepsze. Owiewa nas chłodem, ale robi to niesamowicie intensywnie, co powoduje, że muzyka fińskiego duetu ma też w sobie sporo ognia. Jest w tym wszystkim ogrom pasji i serca, wiele uczucia zostało wsadzone w te dźwięki, dzięki czemu album jest bardzo szczery i autentyczny. A do tego po prostu doskonale się go słucha, bo Ymir to przede wszystkim utalentowani muzycy. Kompozycje są teoretycznie proste, ale dzięki odpowiedniemu zmieszaniu wszystkich składników, nie biją po oczach wtórnością, tylko wręcz przeciwnie – porywają. Dużo tu podniosłego klimatu, ale także sporo czystej, niepohamowanej agresji. Wszystko wspomaga doskonałe brzmienie, które zostało odpowiednio wyważone, dzięki czemu nikt nie powinien być zawiedziony. Gęsty ten las, ale dostrzec i usłyszeć można wszystko. Gdybym nawet bardzo chciał, to nie potrafię znaleźć minusów tego albumu, bo to po prostu perfekcyjna robota. Finowie po raz kolejny udowadniają, że są ścisłą światową czołówką jeśli idzie o black metal. Dobrze, że panowie postanowili przerwać milczenie, bo takie krążki po prostu zasługują na to, by je wydawać. Mam nadzieję, że „Ymir” to zwiastun powrotu na dłużej i fiński duet nie spocznie na laurach, tylko pójdzie tą bardzo dobrą drogą, pomiędzy jeziorami. Poprzez zaśnieżone lasy. Bo to szlak doskonałego black metalu. 


Ymir - „Ymir”. Werewolf Records, listopad 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza