czwartek, 21 stycznia 2021

Throneum 2016 – 2018.

 

Old Temple lubi wznawiać. I bardzo dobrze, bo często są to pozycje klasyczne czy wręcz kultowe, którym warto przywrócić dawny blask. Dziś słów kilka o dwóch wznowieniach. Pozycje te nie są co prawda klasykami, dobrze jednak, że gliwicka wytwórnia pokusiła się o ich ponowne wydanie, bo bez wątpienia nie powinny te krążki przepaść w odmętach czasu. Przenosimy się więc do lat 2016 – 2018 i przyglądamy bliżej temu, co wtedy rodziło się pod nazwą Throneum. 



Zacznę od tego, że nigdy nie byłem wielkim fanem tegoż zespołu, miał jednak swoje momenty, poza tym – zdaję sobie sprawę, że posiada on wierne grono fanów. I nic dziwnego, bo zasłużony to twór dla sceny, niebanalny, zawsze idący swoją drogą, poszukujący i często eksperymentujący. Jego najnowsze oblicze kompletnie mi nie leży, jednak w 2016 roku była to zupełnie inna muzyka. Wtedy właśnie pojawił się krążek „Organic Death Temple MMXVI”. By być zgodnym z prawdą, muszę wspomnieć, że materiał ten ukazał się już w 2015 roku, jako demo zatytułowane po prostu „Organic Death Temple”. Nie słyszałem go, nie wiem więc czy obie wersje czymś się różnią, nie ma to jednak znaczenia, bo zajmujemy się pełniakiem. A ten składa się z siedmiu opętanych kompozycji. Death metal w wydaniu Throneum zawsze był trochę pokręcony, chaotyczny i pełen szaleństwa. Tu jest tak samo, choć to jeszcze był czas gdy zespół stawiał na bardziej klasyczne podejście do gatunku i po prostu dawał ognia. Dobrze się tego albumu słucha, bo jest fajnie zrealizowany, bardzo podoba mi się brzmienie perkusji. Diabolizer wie co robi, bo to stary wyjadacz. Zwracają uwagę charakterystyczne wokale, pełne szaleństwa i jakiejś tragicznej nuty. To bardziej rozpaczliwe krzyki niż growl, ale robi to robotę. Czterdzieści minut mija szybko, bo kompozycje – choć trochę pokręcone – gnają do przodu z całym swym ciężarem. Nie jest to jednak album zagruzowany, sporo tu wolnej przestrzeni i powietrza, choć trafiamy także na momenty zasypujące nas duszną atmosferą. Fajne, szalone, chaotyczne, death metalowe granie. To jest death metal jaki lubię. Potem były trzy splity a w czerwcu 2018 roku ukazał się kolejny pełniak, zatytułowany „The Tight Deathrope Act Over Rubicon”. Pierwszą edycję wydała Hells Headbangers, nie wiem czy jest jeszcze szeroko dostępna, domyślam się jednak, że nie. Dobrze więc, że i ten album został ponownie wydany, choć nie jest w moim odczuciu aż tak udany jak poprzednik. Nie mam zamiaru narzekać, bo to nadal bardzo dobre i solidne granie, ale to co podoba mi się tu mniej to brzmienie, które jest dużo gęstsze, mniej klarowne, zbite. Kompozycyjnie zespół pozostaje w obszarze pokręconego death metalu, czyli tam gdzie czuje się najlepiej. Idzie jednak w ten chaos głębiej niż na poprzedniku, coraz bardziej zaczyna eksperymentować, w pewnym stopniu udziwniać swoją muzykę, co dla mnie momentami jest już za daleko posuniętą nowością. Mój klasyczny gust – jakkolwiek to brzmi – nie jest momentami w stanie tego przetrawić. Ale, żeby było jasne, to nadal kawał solidnego death metalu, który – w moim odczuciu – trochę lepiej zrealizowany, byłby dużo bardziej słuchalny. Tak czy siak, fanów Throneum zapewne nie muszę do tego krążka przekonywać. 

Dobrze się stało, że ukazały się oba te wznowienia, szczególnie „Organic Death Temple MMXVI”. Polecam wszystkim, którzy mają braki w dyskografii Throneum, bo krążki wydane (jak to zwykle bywa w przypadku Old Temple) bardzo starannie. A jak ktoś nie zna a ceni sobie dobry death metal, niebanalny, nieoczywisty, to tym bardziej powinien po nie sięgnąć. 


Throneum - „Organic Death Temple MMXVI” / „The Tight Deathrope Act Over Rubicon”. Old Temple, wrzesień / czerwiec 2020.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza