wtorek, 26 stycznia 2021

Finowie i analogowy koniec świata.

 

Nie wiem jak głęboko siedzicie w kasetach, ale dzisiejszy tekst skierowany będzie do tych, którzy choć wiedzą, jak takowe ustrojstwo wygląda. Ja kiedyś siedziałem po sam czubek głowy, ale to były wczesne lata dziewięćdziesiąte, czyli głębokie średniowiecze. Od tamtej pory wiele się zmieniło, są jednak tacy, którzy nadal bardzo szanują ten nośnik. Jednym z nich jest bez wątpienia człowiek stojący za wytwórnią Analög Ragnarök. To nasz krajan, ale działający na emigracji. Wydaje tylko na kasetach i jakiś czas temu zagaił w sprawie recenzji. I właśnie dlatego dziś przyjrzymy się materiałowi z 2018 roku, wydanemu także na CD, przez wrocławską Wolfspell Records.

Mowa o splicie „Ikuinen Tuli”, który dzielą ze sobą Kalmankantaja i Iku-Turso. O obu tych zespołach mogliście już u mnie przeczytać. Pierwszemu z nich poświęciłem kilka recenzji (znajdziecie je tutaj), drugiemu tylko jedną – był to ich debiut „The Great Tower” (tu). Mam świadomość, że pisanie dziś o materiale z 2018 roku, ma niewielki sens, ale może dzięki temu zwrócicie uwagę na samą wytwórnię, bo warto. Robi chłop dobrą robotę, jeśli więc lubicie ołówki i wkręcone taśmy, powinniście zainteresować się jego wydawnictwami. Recenzji tychże będzie u mnie więcej, skorzystać na tym mogą także ci, którzy preferują srebrny nośnik, bo przecież – jak w przypadku „Ikuinen Tuli” - materiały te wychodziły także na CD. Ale do rzeczy, bo przed nami dwa solidne, fińskie zespoły, które lubię. Wydawnictwo otwiera Kalmankantaja i można powiedzieć, że swymi trzema utworami lekko zaskakuje. Przyzwyczaiła nas raczej do temp średnich, niespiesznych, była zawsze bardziej kontemplacyjna niż bardzo agresywna. Tu jednak pokazuje oblicze mocy, choć oczywiście nie brakuje także wolniejszych fragmentów z ładnymi melodiami. To jest zespół, który trudno pomylić z innym, ma swój styl i nie jest ważne, czy gra szybko, czy wolno, od razu wiadomo, że to Kalmankantaja. Ma to oczywiście pewien minus, bo przy takiej częstotliwości wydawania materiałów, może się przejeść. W 2018 roku był to jednak nadal wielce interesujący zespół i te trzy numery tego dobitnie dowodzą. Jest melodyjnie, jest szybko, momentami wręcz bardzo agresywnie i co najważniejsze – jest ciekawie. Nie są to krótkie kompozycje (razem dwadzieścia pięć minut), co też jest znakiem rozpoznawczym projektu, ale doświadczenie muzyków pozwala czynić je naprawdę interesującymi. Doskonałe wrażenie robi szczególnie trzeci utwór - „Uhriveri”. Piękne melodie, zmiany tempa, klimatu i nastroju. Naprawdę, to jest Kalmankantaja na swym najwyższym poziomie. Iku-Turso, którego debiut był bardzo solidny, prezentuje tu cztery utwory, które dają prawie trzydzieści minut muzyki. Można powiedzieć, że panowie idą drogą debiutanckiego krążka, choć w moim odczuciu nie jest już tak ciekawie. Na pewno nadal czuć w tym Finlandię, klasyczną szkołę black metalu i sporo chłodu, nie jest już jednak to tak porywająca muzyka, jak wcześniej. Nie znaczy to wcale, że jest źle, po prostu mogło być lepiej. Od tamtej pory zdążyli już wydać kolejnego pełniaka, wiem więc, że powrócili do wysokich lotów, bo dane było mi go słyszeć. Tu za dużo jest jak dla mnie nie zawsze potrzebnych klawiszy, trochę też zabrakło chyba pomysłów na riffy i melodie, bo pod tym względem jest ubogo. Mam wrażenie, jakby wszechobecny wokal próbował te braki przykryć, ale to tylko pogarsza sprawę. Bez wątpienia, Kalmankantaja wypada tu dużo, dużo lepiej. I choćby dla niej samej warto kupić ten split, czy to na kasecie, czy na CD. 

Dodam tylko, że kaseta wydana jest bardzo starannie i po prostu ładnie, zresztą, jeśli sprawdzicie inne wydawnictwa Analög Ragnarök, to zobaczycie, że to norma. Dobrze, że są jeszcze tacy pasjonaci, to zawsze dodaje smaku i kolorytu podziemiu, które ma dzięki temu dziesiątki oblicz. 


Kalmankantaja / Iku-Turso - „Ikuinen Tuli”. Analög Ragnarök, październik 2020 (kaseta). Wolfspell Records, kwiecień 2018 (CD).




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz