wtorek, 29 grudnia 2020

Lampa rozbłysła pełnią mocy.

 

Okazuje się, że potrafię sam siebie zaskoczyć. Skuteczniej niż Vietcong Marines podczas Ofensywy Tết. Nie wiem jak to się stało, ale jeszcze ani jednego tekstu nie poświęciłem Lamp Of Murmuur. A przecież to tak zacny projekt. Cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tudzież napalmem. Trzeba to po prostu naprawić. A okazja w tym roku wyborna, bo właśnie ukazał się pierwszy pełniak tego tajemniczego tworu. I bez owijania w bawełnę, stwierdzam, że jest doskonały.


Historia wydawnicza Lamp Of Murmuur sięga 2019 roku, to jednak nie przeszkodziło w wypuszczeniu czterech demówek, epki, splitu i wreszcie wspomnianego już długograja (musimy pamiętać, że to projekt jednoosobowy). I o ile wcześniej był to po prostu bardzo solidny, dobry, nie schodzący poniżej pewnego poziomu projekt, tak wraz z wydaniem „Heir of Ecliptical Romanticism”, wskoczył na ekstraklasowy poziom. Przy okazji samego wydawania – mały kamyczek do ogródka… nie, pal to licho – ogromny głaz! – brak wersji CD to skandal (taka sytuacja dotyczy wszystkich wydawnictw amerykańskiego projektu). Ja rozumiem, że ktoś tu bardzo chce być prawdziwy i wierny analogowej formie, ale serio, CD nie pozbawia kultu w podziemiu. Bardzo liczę, że to się zmieni, bo po prostu mnie to irytuje. Ale dobra, dość narzekań, bo to ewidentne niedopatrzenie, nie odbiera piękna samej muzyce. Otwierający album „Of Infernal Passion and Aberrations” trwa dziesięć minut, ale ma najtrafniejszy możliwy tytuł, bo przewala się przez psychikę szturmem, z takim ogniem, mocą oraz dawką chłodu, że dziesięć minut zdaje się być trzema. I tak jest w zasadzie do końca. To piekielne szaleństwo trwa prawie pięćdziesiąt minut, ale nie jest ani trochę rozwleczone. Jakie tu są riffy, jak w rasowej metalowej produkcji lat osiemdziesiątych! Zarazem jednak jest to krążek bazujący na ogromnej ilości chłodu, którego nie powstydziliby się mistrzowie norweskiej drugiej fali. To połączenie siły, mocy i ognia – z chłodem właśnie – daje piorunujący efekt. Doskonała robota wykonana została tu nie tylko na gitarach, bo kolejnymi dwoma, bardzo ważnymi elementami są blachy i klawisze. I jedne i drugie dodają materiałowi zimna, każde jednak na swój sposób. Użycie tych drugich jest mocno zróżnicowane, bo w niektórych kompozycjach pełnią rolę pierwszoplanową (utwór tytułowy), w innych zaś są jedynie dopełnieniem klimatu. No i wokale. Pierwszorzędna robota. Absolutny top jeśli chodzi o ostatnie wydawnictwa, w tym najczarniejszym z czarnych gatunków. Zresztą, co tu kryć, nie tylko w kwestii wokali jest to top. Ten krążek to ścisła czołówka tego roku, pewnie gdybym mógł na co dzień słuchać go ze srebrnego krążka, gościłby w odtwarzaczu każdego wieczoru. Będę się zamiast tego codziennie modlił, by ktoś poszedł po rozum do głowy i postanowił wypuścić go na tym nośniku. 

Na koniec dodam jeszcze, że album zamyka bardzo ciekawy cover Dead Can Dance. Może i samo w sobie nie jest to niczym wielkim, ale pokazuje potencjał twórcy i upewnia, że temu panu szybko iskry, serca i pasji nie zabraknie. Słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać! 


Lamp Of Murmuur - „Heir of Ecliptical Romanticism”. Death Kvlt Productions, październik 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza