środa, 9 grudnia 2020

Kawał bluźnierstwa.

 

W sierpniu 2019 roku, wytwórnia Hells Headbangers, wypuściła drugiego pełniaka chilijskiego Slaughtbbath. Rodzima Old Temple wznowiła „Alchemical Warfare” w czerwcu tego roku. Co ciekawe, to samo w listopadzie zrobiła chilijska Death Division Rituals. Jak widać, jest to krążek rozchwytywany, to jednak nie dziwi, bo Chilijczycy nagrali kawał solidnego bluźnierstwa. Ja dysponuję wydaniem Old Temple, które jak zwykle, w przypadku tej wytwórni, prezentuje się bardzo dobrze.

Nie jest to jednak album przyciągający tylko , bądź jakością wydania. Oj nie. Zdecydowanie najważniejsza jest tu muzyka. Według Metal Archives to po prostu black metal, ale po raz kolejny nie mogę się zgodzić. Teoretycznie mniejsza o to, ale żeby być choć trochę rzetelnym, należy zauważyć, że Slaughtbbath zdecydowanie nie gra klasycznego, znanego nam choćby z europejskich scen, black metalu. Ich muzyka zabarwiona jest elementami thrashu, ale tej jego brutalnej, mocnej, brudnej odmiany. Trochę przywodzi to na myśl lata osiemdziesiąte, momentami doszukać się można odniesień do kilku kapel współczesnych, parających się black/thrashem. Najważniejszy jest jednak fakt, że dodaje to muzyce Chilijczyków gęstości, mocy i ciężaru. Nie tracą przy tym nic na energii, bo krążek kopie po zadku jak wkurzony koń. I tak też galopuje (momentami wręcz rock’n’rollowo!). Tak, „Alchemical Warfare” pędzi do przodu jak szalony i dlatego kończy się bardzo szybko. Fakt, nie jest najdłuższy, bo to trzydzieści cztery minuty, podzielone na dziewięć kompozycji, sprawia jednak wrażenie dużo krótszego. Nie tylko jednak jego energia i szybkość są tego przyczyną. Sporo się tu po prostu dzieje. Panowie nie przynudzają, nie młócą na jedną modłę, byle tylko było brutalniej. Nie. Pomimo tego, że bez wątpienia ich celem było nagranie albumu agresywnego, mocnego i bezkompromisowego, postanowili uczynić go zarazem miłym dla ucha. I to się udało. Riffy i aranżacje są naprawdę ciekawe. Trudno wyróżnić cokolwiek, bo to krążek bardzo wyrównany, ale za fragment nastrojowy w piątym „Rejoined into Chaos”, należy się medal. Toż to prawie heavy/doom! Riff przewodni „Amulets of Carnage” to taki miód, że Kubuś Puchatek musiałby iść na odwyk. I takich perełek jest tu dużo, dużo więcej. Dlatego nigdy nie kończę spotkania z tym krążkiem na jednym odsłuchu. Jak już wskoczy do odtwarzacza, to kręci się kilkukrotnie, bo ręka sama wciska start ponownie. Nie dziwi więc fakt tylu wydań „Alchemical Warfare”, bo to chyba jeden z najlepszych krążków jakie w ostatnich latach zrodziła Ameryka Południowa. A oni przecież w konkretne bluźnierstwo potrafią bardzo dobrze. Slaughtbbath to potwierdza, ba – on ten ich diabelski sznyt wynosi na wyższy poziom. Świetny krążek, nie zastanawiać się, uderzać do Old Temple, jeśli ktoś (tak jak ja), przegapił premierę w Hells Headbangers. 


Slaughtbbath - „Alchemical Warfare”. Old Temple, czerwiec 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza