środa, 2 grudnia 2020

Finlandia doskonała.

 

Premiera trzeciego pełniaka Havukruunu miała miejsce w połowie sierpnia. Nie potrafię zliczyć, ile razy go od tamtej pory przesłuchałem. Już po kilku pierwszych odsłuchach, wiedziałem, że to krążek wyjątkowy, album roku. Ale chciałem się upewnić, dałem mu więc czas. Zrobiłem sobie przerwę, poleżał spokojnie na półce. Wreszcie do niego wróciłem. Mamy grudzień a on niszczy mnie dokładnie tak samo. Każdy utwór, każda minuta. Tak, to zdecydowanie album roku. 

Możliwe, że tak kategoryczny wyrok, na początku grudnia, jest lekko ryzykowny, ale naprawdę nie sądzę, by ktoś mógł „Uinuos syömein sota” przebić. Bo ten krążek ma wszystko. Moc, energię, pasję, serce, piękno i czar. Niczego mu nie brakuje, bo jest bardzo zróżnicowany. Usłyszycie tu klasyczne fińskie granie, black metal przesiąknięty heavy metalem, starą Grecję (trzeci „Ja viimein on yö”) czy wreszcie rockowe lata osiemdziesiąte, zakończone klawiszami w stylu Pink Floyd (ostatni „Tähti-yö ja hevoiset”). Stefan, lider zespołu, już na poprzednim krążku udowodnił, że kompozytorem jest bardzo dobrym. Tu jednak przebił wszystko, co do tej pory stworzył. Pomimo wymieszania najróżniejszych wpływów i inspiracji, udało mu się skomponować krążek na wskroś black metalowy, agresywny, zarazem jednak piękny i porywający. Nie ma tu utworu, który nie posiadałby w sobie mocy i charyzmy. Ten album pędzi jak szalony, gdy już nas porwie nie ma odwrotu. Mnie oczarował momentalnie i na szczęście nie było to chwilowe zauroczenie. Nie mogło być, bo to krążek bardzo bogaty. Aranżacje są niesamowicie rozbudowane, użytych środków wyrazu cała masa. Gitary wyczyniają tu cuda, riffy i melodie które nam ofiarowują, potrafią powalić. Do tego solówki, których jest naprawdę sporo i są świetne (starą szkołą pachnie ten album, choćby ze względu na fakt umieszczenia w tekstach informacji o tychże solówkach). Wokale. Tu robota została wykonana na medal. Pojawiające się w kilku momentach chóry czy czyste śpiewy, robią doskonałe wrażenie, dodają albumowi uroku, czynią go jeszcze bardziej oryginalnym. No i brzmienie. Bez niego pewnie nie byłoby tak wysokiej oceny „Uinuos syömein sota”. Bo ono jest potężną częścią składową trzeciego pełniaka Havukruunu. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest tu tak samo ważne, jak kompozytorski geniusz Stefana. Potężne, soczyste, pełne energii, doskonale uwydatniające to, co akurat na wierzchu być musi. Najczęściej są to gitary, bo to krążek wybitnie gitarowy. Serio, to co się tu wyczynia, wiem, pisałem już o tym, ale mogę o tym przypominać co chwilę, bo jedyne słowo jakie ciśnie się na usta, to zachwyt. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak on w jednym albumie upchnął tyle cudownych melodii, riffów i solówek. Pewnie brzmi to dziwnie w odniesieniu do black metalowego krążka, ale okazuje się, że jednak można, nie tracąc przy tym ani pasji, ani serca, ani mocy, ani wiarygodności. Jedynie zyskując. Bo dzięki temu „Uinuos syömein sota” jest po prostu niesamowity. Nie ma sensu chyba więcej pisać, bo żadne słowa nie oddadzą tego, jak dobry jest to album, jak wspaniale się go słucha, jak ładuje energią i po prostu niesie swą mocą. Jak wkłada w dłoń słuchacza miecz i zachęca do boju, jak roznieca iskrę zapału i wolę walki. Jak, momentami, skłania do chwili refleksji, czy też do przetłumaczenia tekstów, które okazują się być naprawdę dobre, pomimo koślawego tłumaczenia translatora google. Oj tak, pokochaliśmy się i jestem pewien, że będzie to związek na lata. Dodam jeszcze tylko, że płyta jest bardzo ładnie wydana, warto zaopatrzyć się w fizyczne wydanie. Choćby po to, by wiedzieć komu lub czemu jest dedykowana, oraz by pooglądać bardzo ładne grafiki autorstwa Heidi K. Brawo panowie Finowie, jestem zachwycony. Arcydzieło. Czterdzieści sześć minut absolutnej muzycznej rozkoszy. 


Havukruunu - „Uinuos syömein sota”. Naturmacht Productions, sierpień 2020.  





4 komentarze: