piątek, 20 listopada 2020

Wilcza ewolucja.

 

Gdy pierwszy raz ujrzałem gdzieś reklamę książki traktującej o historii Ulver, momentalnie zapragnąłem ją zdobyć. Jak kobietę. Zaraz potem dotarło do mnie, że zapewne będzie dla mnie tak dostępna, jak Monica Bellucci – bo pewnie będzie limitowana edycja, wyprzeda się w preorderze, żadne nasze distro mieć jej nie będzie itd. Jakaż więc była moja radość, gdy „Wolves Evolve. The Ulver Story”, wypatrzyłem w nieocenionym Fallen Temple. Cena nie grała roli, książka momentalnie wylądowała w koszyku a kilka dni później, u mnie w domu. 

Wydana jest pięknie. To pierwsze, co rzuca się w oczy. Nawet miękka okładka tego nie psuje. Widzieliście kiedyś limitowane wydanie koncertowego „The Wall” Pink Floyd, w formacie książki? Masa pięknych zdjęć, oraz sporo tekstu. To skojarzenie nasunęło mi się momentalnie i nie opuściło mnie już do końca lektury. Wizualnie jest to więc arcydzieło. Piękny przedmiot, który warto mieć, nawet jeśli nie znacie angielskiego. Tak, całość jest w tym języku, przetłumaczona z norweskiego. Mam więc nadzieję, że nikt nie porwie się na kolejny etap przekładu i spróbuje ją spolszczyć, bo może to zabić pierwotne intencje oraz słowa muzyków (wszyscy znamy jakość przekładów książek muzycznych w tym kraju). Dlaczego to tak ważne? Bo „Wolves Evolve” utrzymana jest w formie wywiadu. Podzielona na kilka części – etapów twórczych zespołu, przez które prowadzą nas sami twórcy, odpowiadając na pytania Tore Engelsena Espedala (on też całość przetłumaczył). I są to rozmowy niesamowicie wciągające, ciekawe, nie zawsze usystematyzowane, bo trudno o to, gdy kilku dorosłych mężczyzn ze sobą rozmawia. W żadnym jednak momencie nie miałem poczucia chaosu, czy to słów czy myśli. Płynnie przechodziłem do kolejnych etapów historii Ulver, doskonale wiedząc co zdarzyło się wcześniej. Co ciekawe, nie jestem fanem twórczości zespołu w latach 1998 – 2016 (czyli większości ich okresu istnienia), pomimo tego przeczytałem o nich z takim samym zainteresowaniem, jak o pierwszych trzech albumach, czy dwóch ostatnich. Bo te rozmowy, ludzi, którzy wiedzą co chcą powiedzieć, wiedzą, o co zapytać, wreszcie wiedzą, jak to zrobić i robią to zajmująco i z pasją, są tak wciągające, jak niejedna powieść szpiegowska. 334 strony (z czego sporo to zdjęcia, przy których też polecam się zatrzymać), minęły mi szybciej niż przestudiowanie menu w restauracji, w każdym razie takie miałem wrażenie. Za szybko, stanowczo za szybko, bo bardzo chciałem posiedzieć jeszcze z panami, na przedmieściach Oslo, w ogrodzie domu Garma. To było kilka wspaniałych wieczorów, jestem pewien, że dla nich też. Nigdy wcześniej nie czytałem lepszej książki muzycznej. Wątpię, bym kiedykolwiek przeczytał. 

Gdy zaczynałem „Wolves Evolve”, nie miałem jakichś ogromnych oczekiwań, chciałem po prostu poznać bliżej historię jednego z ważniejszych dla mnie zespołów. Po kilku pierwszych stronach, utonąłem. Wpadłem totalnie. Co było potem, ledwo pamiętam. Gdy skończyłem czytać, było mi autentycznie przykro. To nie była lektura. To była przygoda i podróż. Prawdziwie emocjonalne doświadczenie. 

„Wolves Evolve” nie jest książką. To kolejna doskonała płyta Ulver.



„Wolves Evolve. The Ulver Story” - House of Mythology, 2020.

(za zdjęcia dziękuję Mateuszowi z Infernal Photo, który akurat był w pobliżu)








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza