piątek, 27 listopada 2020

Szwedzi wiedzą jak wracać.

 

Trwający wciąż rok przyniósł nam sporo wrażeń poza muzycznych, zauważyć jednak wypada, że poza nimi dostaliśmy ciekawe szwedzkie powroty (między innymi oczywiście). Po szesnastu latach powrócił Armagedda a po piętnastu Mörk Gryning. Obie nazwy są znaczące, nie są to więc powroty, których byśmy nie zauważyli. Na temat Armageddy już się uzewnętrzniłem (tutaj), dziś więc przyszedł czas na szósty studyjny album Mörk Gryning, zatytułowany „Hinsides vrede”.

Szczerze przyznam, że z całej dotychczasowej twórczości Szwedów, najlepiej znam debiut. Krążek wydany w 1995 roku, gdy jeden z członków zespołu miał szesnaście lat. Album bardzo dobry, który w tamtym czasie został świetnie przyjęty i broni się do dziś. Kolejne krążki nie chwyciły mnie w takim stopniu, ale do „Tusen år har gått...” wciąż mam ogromny sentyment. To pewnie on spowodował, że ochoczo sięgnąłem po najnowsze wydawnictwo. I nie zawiodłem się, gdyż słucha się go bardzo dobrze. Bardzo podobne odczucia miałem, słuchając wspomnianego debiutu. Resztę wydawnictw Mörk Gryning kojarzę jak przez mgłę, ale to nie ma znaczenia – ostatnie z nich ukazało się w 2005 roku, więc jakiekolwiek odniesienia czy porównania nie mają większego sensu. To zupełnie inni ludzie i muzycy. Na szczęście nadal grają black metal, który nawet jeśli lekko wygładzony, broni się swoją atrakcyjnością. „Hinsides vrede” to prostu bardzo przystępny i słuchalny album, nie wymaga od nas wielkiego skupienia, nie skłania ku większej zadumie (poza kilkoma momentami), on po prostu sobie gra i jest wyśmienitym dodatkiem do innych czynności. Wieszałem przy nim pranie, czytałem książkę, pracowałem, sprzątałem, brałem prysznic (wtedy trochę gorzej było słychać), zmywałem naczynia czy szykowałem posiłek – w każdej z tych okoliczności sprawdził się doskonale. Piszę oczywiście z lekkim przymrużeniem oka, ale serio fajnie jest tupnąć przy nim nóżką, nie czując żadnych większych zobowiązań. Cieszyć się samą muzyką na nim zawartą – trudno zresztą inaczej – ona naprawdę jest porywająca. I nie ma co ukrywać – jest główną składową tego albumu, bo jakiejś sugestywnej atmosfery czy klimatu on nie posiada. Ja w każdym razie tak go odbieram, może to zasługa naładowania „Hinsides vrede” ogromną ilością świetnych melodii, riffów i aranżacji. Nie zmienia to faktu, że to wciąż black metal, może trochę bardziej przystępny, ale jak najbardziej utrzymany w ramach gatunku. Żadnych niepotrzebnych nikomu eksperymentów tu nie znajdziecie. Słychać, że panowie zaczynali w latach dziewięćdziesiątych, słychać, że są ze Szwecji, słychać wreszcie, że nie przez przypadek nagrali w 1995 roku tak dobry debiut. Mają do tego talent i tym krążkiem to potwierdzają. Przez moment miałem myśl, by wymienić co fajniejsze fragmenty, ale szybko zrezygnowałem, bo jest tego po prostu za dużo. Każda z ośmiu dłuższych kompozycji (są jeszcze cztery krótkie, instrumentalne), zawiera w sobie coś porywającego czy wręcz zachwycającego. Niewątpliwie jednak, hitem jest piąty „A Glimpse of the Sky”, przy którym parkiet wydaje się być obowiązkowy. A jeśli nawet nie macie do takowego dostępu, to gwarantuję, że nóżka zacznie chodzić sama. „Hinsides vrede” to trzydzieści pięć minut bardzo dobrej zabawy a dla mnie świetna odskocznia od codziennej piwnicy i surowości. Podejrzewam, że za jakiś czas mi się przeje, ze względu na brak większej głębi, zarazem jednak jestem pewien, że kiedy do niego wrócę za, powiedzmy rok, będzie się bronił i znowu sprawi mi sporo radości. I to mi wystarczy. Jestem powrotem Szwedów ukontentowany. 


Mörk Gryning - „Hinsides vrede”. Season of Mist, październik 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza