środa, 11 listopada 2020

Północne czary z Warszawy.

 

Zacząć muszę od tego, iż nigdy nie byłem zwolennikiem kultu wikingów na naszych ziemiach. W końcu Polacy nie gęsi, język swój mają. No ale cóż, kiedy w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wystrzeliła moda na noszenie młotów Thora, tak dziś przybiera ona jeszcze mocniejsze formy i sprawa jest raczej przegrana. Z drugiej strony, lepszy Mjollnir od krzyża. Poza tym, zdaję sobie sprawę, że wobec dostępności źródeł oraz wszechobecnych w popkulturze ludzi północy, nawet w takim dajmy na to, Cieszynie, łatwiej być Ivarem Rudobrodym, niż Mieszkiem. Jestem nawet w stanie to wszystko zaakceptować, o ile rodzą się z tego owoce takie jak Krzywdy (teoretycznie z małej powinno być, ale ja się do takich nowomodnych zabiegów nie umiem przekonać, więc uparcie będę pisał z dużej).

Drugie zastrzeżenie, zanim przejdziemy do meritum, po którym właściwie powinienem odstąpić od tej recenzji, jest takie, że nigdy nie byłem fanem folku, czy też jak kto woli grania a la Wardruna. Właściwie tylko ten ostatni zespół mnie rusza, ale wiadomo – oni grają w swojej lidze. Z drugiej jednak strony, Krzywdy to trochę inna sprawa, bliżej im niż Norwegom do ambientu, co daje ciekawe połączenie. Nie odstąpiłem też od tej recenzji, ponieważ rozumiem, że każdy ma swoją bajkę a taka jest właśnie bajka Mateusza, członka Rosk. Jest muzykiem, więc przekuł pasję w najlepszy możliwy sposób. Założył swój projekt, w którym może realizować to, co go tak naprawdę najbardziej bawi – w każdym razie w sferze przesłania, które niosą dźwięki. No i wreszcie – nie odstąpiłem od niej, bo „Czary” to naprawdę dobry materiał. Wspomniałem o Wardrunie, ale to co  łączy oba projekty najmocniej, to warstwa liryczna, ideologiczna i przesłanie, bo Mateusz też zafascynowany jest kulturą północy. Muzycznie to już duża odległość, powiedziałbym jak pomiędzy Oslo a Warszawą. Gdzieś pomiędzy Danią a Świnoujściem, muzyka Krzywd traci swą pierwotną nordyckość, traci sporo ludowości i przechodzi w ambientowe rejony. Oczywiście, to co dociera do Warszawy ma pierwiastki korzeni norweskich, ale najsilniejsze są one w klimacie i atmosferze, która jest doskonała. Jasne, są też i w dźwiękach, jednak dużo bardziej oszczędne, niż te znane nam dobrze z Wardruny. Ale dzięki temu, muzyka Krzywd pozostawia dużo więcej miejsca do własnej interpretacji, daje nam niesamowitą przestrzeń. Pole do popisu dla wyobraźni. I to jest jej ogromna siła. Jest naszym niespiesznym przewodnikiem. Snuje się pomiędzy wzgórzami, pośród lasów i zatok, momentami chwyta wiatr i wtedy wzlatujemy z nią by podziwiać ośnieżone pustkowia czy zielone doliny, którymi wiją się rzeki, ale w żadnym swym momencie niczego nam nie narzuca. Uspokaja, wycisza, pozwala być samemu ze sobą, bez żadnych wymagań. Tu może wydarzyć się wszystko, bo nic nie jest z góry określone. Nawet gdy pojawiają się wokale (te, które niosą treść), dość zresztą oszczędne (poza chórami i panią Ols – jest jej tu sporo i zrobiła bardzo dobrą robotę), mamy wrażenie, że to bardziej dalekie krzyki czy szepty, niż głosy, które chcą nam coś konkretnego powiedzieć. Niesamowicie doceniam za to wszystko „Czary”, bo lubię materiały, które dają mi wolność interpretacji i przemyśleń, podczas odsłuchu. A ten krążek stwarza do tego bardzo żyzny grunt. Dodać wypada, iż pomimo raczej oszczędnego instrumentarium, sama warstwa muzyczna jest na tyle bogata, że nie nudzi. Tak, jest spokojnie, jest ku zadumie, ale pomimo tego jest bardzo ładnie. Mateusz to po prostu utalentowany muzyk, który dobrze wie, co chce osiągnąć. Ma to wszystko ręce i nogi, żagiel i dziób prujący morską toń. Dokąd? To pokaże przyszłość, mam tylko nadzieję że jeszcze nie do portu. 

To drugi materiał Krzywd, pierwszy także był naprawdę dobry. Polecam Waszej uwadze ten projekt, jeśli szukacie odskoczni od codziennej dawki rzezi, masakry i mordowania chrześcijan ;)

A teraz zaszaleję i ten jeden raz:

krzywdy - „czary”. Zoharum, czerwiec 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza