poniedziałek, 30 listopada 2020

Noc ciemna, noc straszna.

 

Niemcy z Häxenzijrkell nie rozpieszczają nas wydawnictwami. Demo, dwie epki i dwa splity na przestrzeni czterech lat, to niewiele. Z drugiej strony, w ich przypadku, trudno mówić o jakimkolwiek muzycznym pieszczeniu, bo znani są raczej z tworzenia mrocznych rytuałów, głęboko wrzynających się w psychikę. Nie inaczej jest tym razem. Wreszcie wydali pełnowymiarowy krążek i znajdziecie na nim wszystko to, co w twórczości duetu z Nadrenii Północnej – Westfalii, najlepsze.

„Die Nachtseite” trwa trzydzieści sześć minut, nie jest więc bardzo długi, sprawia jednak wrażenie krążka dużo dłuższego. Wszystko to za sprawą samych kompozycji. Są tylko trzy, co oznacza, że są długie (jestem matematycznym geniuszem). Nie jest to nic nowego w twórczości Häxenzijrkell, można wręcz zaryzykować - i nie będzie to duże ryzyko - stwierdzenie, że to ich znak rozpoznawczy. Każda z kompozycji rozwija się niespiesznie, napięcie narasta, zarazem jednak od pierwszych sekund przytłacza ciężar i mrok. To krążek bardzo gitarowy i perkusyjny. Blachy robią doskonałą robotę, są lekko wysunięte i budują ciężar wraz z gitarami. Wszystko wspomagane jest, dobiegającymi jakby z otchłani, opętanymi wokalami i częstymi deklamacjami. Gdy wreszcie Niemcy przyspieszają, skojarzenia kierują się w stronę Burzum. Chyba nie było jeszcze ich materiału, z tak dużą ilością szybszych partii. Szybszych, ale nie bardzo szybkich. Rozpędzają się maksymalnie do średniego tempa (poza dwoma fragmentami w ostatnim utworze), bardzo skocznego. Wychodzi im to doskonale, bo nawet w tych momentach „Die Nachtseite” nie traci nic ze swej rytualnej atmosfery. I właśnie ta atmosfera jest najmocniejszą stroną pierwszego pełniaka Häxenzijrkell. To oczywiście żadna nowość, bo Niemcy zawsze stawiali na to nacisk, mam po prostu wrażenie, że tutaj osiągnęli swój dotychczasowy szczyt. Jasne, nie mam zamiaru niczego odbierać temu albumowi w sferze czysto muzycznej, bo naprawdę – choć prosty i zbudowany na kilku patentach – jest bardzo ciekawy i znajdziemy tu sporo doskonałych gitar (polecam zwrócić na nie baczną uwagę – można grać wolno, mrocznie i posępnie, ale nadal pięknie). Pierwszy plan to jednak atmosfera. Słuchany za dnia powoduje szybkie zaciemnienie pomieszczenia, ale jego środowiskiem naturalnym jest noc. I nie ma w tym ani trochę przesady. „Die Nachtseite” sprawdziłby się doskonale jako akompaniament do jakiegoś mrocznego rytuału, magicznej ceremonii, czy po prostu spaceru po zapomnianych katakumbach. Ma w sobie wszystko co potrzebne, by w odpowiednim otoczeniu czy okolicznościach, wywołać ciarki i przyprawić o gęsią skórkę. To nie jest black metal nienawistny, wojowniczy i atakujący. To black metal rytualny, tak czarny, jak tylko czarna i posępna może być ta muzyka. Bez wątpienia nie jest to krążek na każdą okazję, nie sprawdzi się na spotkaniu towarzyskim, nie będzie dobrym kompanem wesołej zabawy. On potrzebuje uwagi, trzeba go chłonąć wszystkimi zmysłami, dać mu się wedrzeć w siebie i zawładnąć. Jeśli mu na to pozwolicie, nie będziecie żałowali. Ja pozwoliłem już kilkanaście razy, gasząc światło i po prostu oddając się tej atmosferze. Mam zamiar zrobić to jeszcze wielokrotnie. 

Może i niemiecki duet nie wydaje często nowych rzeczy, ale jeśli mają one być na takim poziomie, to nie mam zamiaru narzekać. Bardzo dobry album. Polecam wszystkim tym, którzy w muzyce nie szukają tylko dźwięków. 


Häxenzijrkell - „Die Nachtseite”. Amor Fati Productions, wrzesień 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza