poniedziałek, 16 listopada 2020

Kwiaty zła.

 

Przyszedł czas na płytę roku spoza metalu, czyli coś co od dwóch lat pojawia się u mnie na blogu. Formalnie, bo nieformalnie od trzech, gdy w dziesiątce najlepszych albumów 2017 roku, znalazł się Ulver ze swym „The Assassination of Julius Caesar” (o nim tutaj). Nie przez przypadek o tym wspominam, bo tegoroczny zwycięzca to następca wspomnianego albumu. Spodziewałem się mocnej konkurencji ze strony Rome, ale niestety Pan Rzym trochę mnie zawiódł i to „Flowers of Evil” zgarniają u mnie całą pulę. 

Co prawda pula to niewielka i o zaszczyty nie trudno, bo nie poznaję zbyt wielu płyt spoza metalu na przestrzeni roku, jeśli już, to słucham tych starych, sprawdzonych, z przeszłości. Może też właśnie dlatego tak bardzo przypadło mi do gustu ostatnie wcielenie Ulver, czyli okres od 2017 roku. Wzbudza ta muzyka we mnie sporo nostalgii (notabene „Nostalgia” to jeden z moich faworytów na „Flowers of Evil”), bo słyszę tu dużo elektroniki, którą znam jeszcze z lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Znowu – tak jak przy okazji „The Assassination of Julius Caesar” - odwołam się do starego Depeche Mode, które naprawdę lubię. Nic dziwnego, najnowszy krążek Norwegów wydaje się być naturalną kontynuacją poprzednika. Ulver bardzo dobrze zadomowił się w takim stylu, potrafi komponować piosenki proste, aczkolwiek chwytliwe, ale też i te bardziej rozbudowane, które już tak taneczne nie są, jednak nadal zachwycają melodią. Główną różnicę widzę właśnie tu - „Flowers of Evil” ma więcej piosenek prostych, opartych o schemat zwrotka – refren – zwrotka, nie ma to jednak w żadnym stopniu negatywnego wpływu na same te kompozycje, jak i cały album. Choćby taki „Machine guns and peacock feathers”. Utwór prosty, ale jak dobry! Nie tańczę, ale gdy tylko słyszę refren, szukam parkietu i chcę zamienić się w Travoltę. Nie samym tańcem ten album stoi, bo znajdziemy tu nastrojowe kompozycje, z tekstami do przemyślenia i prawdę mówiąc, są one w większości. Z jednej więc strony jest to album jakby prostszy, ale z drugiej trochę bardziej zadumany od poprzednika, choć tam oczywiście też takich utworów nie brakowało. Pomimo tego, „Flowers of Evil” to krążek wyważony, dobrze żonglujący nastrojem, nie pozwalający na nudę. Taniec, drink przy barze i znowu na parkiet. Nie mam zamiaru oczywiście, na poważnie sprowadzać ostatniego albumu Norwegów do takiego schematu, bo byłaby to zniewaga. Ulver nie gra muzyki pod taneczne kluby, to w końcu zespół, który ma coś do powiedzenia. I choć z pozoru teksty na tym albumie mogą wydawać się momentami dziwne, momentami wręcz infantylne, to jednak tylko pierwsze wrażenie. Kilku z nich musiałem poświęcić sporo czasu, by odkryć ukryte znaczenia, aluzje, przenośnie i odniesienia. A jestem pewien, że całej masy jeszcze nie odnalazłem i już pewnie nie odnajdę. Nie będę z tego powodu rwał szat, bo dzięki temu czeka mnie jeszcze pewnie kilka zagadek do rozwiązania a to mnie cieszy. Są takie dni, gdy odpalam ten krążek i z książeczką w ręku śpiewam razem z Garmem, są takie gdy tylko tańczę i są takie, gdy właśnie skupiam się na tekstach. Gdy zebrać je wszystkie razem, dają wiele dni radości. A jeszcze wiele przede mną. Bo to doskonała płyta. 

Jestem bardzo szczęśliwy, że Ulver powrócił do mojego życia. Gdy żegnaliśmy się w 1997 roku, po wspaniałym „Nattens Madrigal”, nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek, premierowy materiał Norwegów da mi tyle radości co ich dwa ostatnie krążki. A jednak, stało się. I teraz w szafie obok koszulek „Vargnatt” i „Bergtatt”, wisi „Flowers of Evil”. Fajnie. Po prostu fajnie. Tak trzymać panowie. 


Ulver – „Flowers of Evil”. House of Mythology, sierpień 2020. 




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza