wtorek, 20 października 2020

Z północy.

 

Do baru wchodzi Kanadyjczyk, Fin i dwóch Estończyków. Barman przygląda im się uważnie po czym pyta: - Panowie skąd? - Z północy, odpowiada jeden z Estończyków. Wiem, wybitny dowcip to nie będzie, właściwie żaden dowcip, ale wiemy już przynajmniej, że skład zespołu o którym dziś będzie mowa, jest międzynarodowy. Znamy też już jego nazwę, bo Põhjast po estońsku to „z północy” (tak w każdym razie informuje tłumacz google). Panowie wypuścili w tym roku swój trzeci album, zatytułowany „Downfall” i jest to krążek, nad którym stanowczo polecam się pochylić.

Nie znajdziecie tu co prawda black metalu, ewentualnie jego śladowe ilości, ale niech nikogo to nie zrazi. Põhjast ma w swych szeregach utalentowanych muzyków, którzy w różnych gatunkach potrafili się wykazać i to owocuje bardzo ciekawą mieszanką i muzyką niebanalną. Nie jestem w stanie przyporządkować ich do jakiejś konkretnej szuflady i nie mam zamiaru tego robić. Słychać tu rocka, doom, heavy, Black Sabbath, Katatonię, Candlemass… mógłbym tak jeszcze wymieniać przez kilka minut, ale się powstrzymam, bo nie o wyliczankę tu chodzi. A jeśli już coś wyliczać, to zalety tego albumu. Jest ich sporo, bo muzycy tworzący Põhjast nie są nowicjuszami a i pomysłów mają sporo. Przede wszystkim nie jest to album wolny i smęcący, nie popłaczecie sobie w chusteczki wieczorną porą. Trudno nazwać go też demonem prędkości, dominują tu bowiem tempa średnie, ale i kilka fajnych przyspieszeń znajdziemy. Põhjast mocno bazuje na swej rytmice, kiedy już wskoczy w dane tempo, przeważnie się go trzyma – takie w każdym razie mam wrażenie po każdym skończonym odsłuchu, bo przecież zmiany tempa się tu zdarzają. Daje to obraz albumu bardzo spójnego, ktoś powiedziałby, że monotonnego, ale tak nie jest, bo od czego są gitary i wokale? Te pierwsze, będące zasługą Estończyka, znanego również z Loits (co jest sporą rekomendacją) oraz Kanadyjczyka, oferują sporo ciekawych riffów, czasami stricte hard rockowych (ale spektrum jest oczywiście szersze) oraz oszczędne, jednak ciekawe melodie. Nie są to oczywiście skoczne nuty, bo pomimo iż panowie nie smęcą, nie grają też dla weselników. Powiedziałbym, że gitary tworzą atmosferę wyważoną, trudno przechylić szalę klimatu tego krążka w jakąś konkretną stronę, dla mnie jest on neutralny z lekkim wskazaniem na obszary nostalgiczne i romantyczne. Za wokale odpowiada wspomniany już Kanadyjczyk, Eric Syre, znany choćby z Thesyre (kto nie zna, powinien poznać). I on tu proszę państwa robi co najmniej jedną trzecią roboty, jeśli chodzi o atrakcyjność „Downfall”. Formy ekspresji wokalnej są zróżnicowane, dominują czyste głosy, ale mamy też chóry i trochę growlu. Brzmi to wszystko doskonale, jest go wszędzie pełno, ale to w niczym nie przeszkadza, bo słucha się Erica wyśmienicie. Nie ma się jednak co dziwić, to są po prostu bardzo dobrzy muzycy, którzy nagrali bardzo dobry album. I choć wydaje się on być bardzo równy, to jednak mam tu taki hitowy człon, złożony z utworów numer cztery, pięć i sześć. Piątka jest dla tych, co lubią Katatonię (choć to też nie takie oczywiste, bo nie cała jest taka), natomiast dwa pozostałe to ukłon w stronę wielbicieli grania szybszego, stricte metalowego. Jednak, żeby była jasność, całego albumu słucha się bardzo dobrze, jest świetną odskocznią od codziennej dawki piekła, grobów i mroźnych lasów. Bo teoretycznie jest czymś zupełnie innym, jednak jakby z tej samej baśni. Teoretycznie łagodniejszy, teoretycznie bardziej przystępny, ale jednak duchem pozostający w świecie, który znamy. I dla mnie to jest jego największa wartość. To ciągle jest mój świat, moja historia i moja ścieżka, po prostu inaczej zinterpretowana i przedstawiona. Brawo. Polecam bardzo. 

Cieszy fakt, iż album ukazał się nakładem rodzimej wytwórni. Gratulacje Szymon.


Põhjast – „Downfall”. Werewolf Promotion, czerwiec 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza