środa, 30 września 2020

Głos Grecji.


Stefan Necroabyssious legendą jest i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych i charyzmatycznych wokalistów, z akcentem i barwą głosu nie do podrobienia. Na scenie obecny od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, związany przede wszystkim z Varathron, w którym śpiewa do dziś. W ostatnich latach postanowił poszerzyć spektrum swoich zespołów, dzięki czemu możemy go usłyszeć w doskonałym Funeral Storm czy Katavasii. I to właśnie ta ostatnia nazwa jest w tym tekście najważniejsza (poza Stefanem oczywiście). Właśnie ukazał się ich drugi krążek - „Magnus Venator” - i jest doprawdy wyśmienity.

Szczerze mówiąc, mógłbym w dzisiejszym tekście czerpać garściami, z recenzji ostatniego krążka Funeral Storm i nikt nie zorientowałby się, że sam siebie kopiuję, bo tamte zdania pasują doskonale do tego, co prezentuje Katavasia. To po prostu klasyczna grecka szkoła. Tak klasyczna, że można jedynie kochać, lub nienawidzić. Ja kocham. Kocham od wielu lat szczerze, bo nikt tak nie grał i nie gra jak Grecy. Są niepowtarzalni i wyjątkowi. Dużo bardziej charakterystyczni od szkoły północnej a już na pewno mają mniej naśladowców. W zasadzie nie mają, więc sami sobie zakładają nowe kapele i grają to, co im w duszach siedzi. A grają pięknie. Pierwsza melodia, która rozpoczyna „Magnus Venator” nie pozostawia złudzeń. A potem wchodzi Stefan i wszystko jasne. Szeroki uśmiech na twarzy i jedyne co pozostaje, to raczyć się każdym dźwiękiem tego krążka. I tak, odniesienia do Funeral Storm są jak najbardziej na miejscu, bo Katavasia robi dokładnie to samo, z jednym zastrzeżeniem. Robi to mocniej, intensywniej, z większą energią. Nie znaczy to, że tamtym czegoś brakuje, oni są po prostu bardziej mistyczni, klimatyczni i uduchowieni. Katavasia to grecki żywioł, podniosły ale i szalony, trochę bardziej stricte metalowy, choć nie brakuje tu nasączonych atmosferą momentów, ale tego u Greków nigdy nie brakowało. Tak jak i melodii, których jest tu tyle, że można by obdzielić kilka krążków i jeszcze zostałoby na dwa dema. Co jeszcze? Oczywiście klawisze, bez tego żaden szanujący się grecki zespół nie wyjdzie z garażu. Użyte bardzo sprawnie, dodają albumowi uroku. Solówki. Nie ma ich bardzo dużo, ale jak już się jakaś pojawi, to doskonale wpisuje się w kompozycję. Riffy. Wystarczy ten otwierający z „Chtonic Oracle” i człowiek odpada. A to tylko jeden przykład. No i oczywiście Stefan. On każdemu krążkowi z Hellady potrafiłby dać coś ekstra. Nie inaczej jest tutaj. To niby ten sam głos, głos który wszyscy znamy, ale on po prostu nie może się znudzić. Słuchając tego krążka doszedłem do wniosku, że to jeden z moich ulubionych wokalistów. Pomimo wieku, potrafi wciąż być pełen werwy, jak wtedy gdy z Varathron wypuszczali pierwsze materiały. Tak, tu wszystko jest na miejscu, wszystko się zgadza i idealnie ze sobą komponuje. Czterdzieści minut prawdziwej starożytnej uczty, z doskonałym przerywnikiem w środku, instrumentalnym „Saturnalia Magnus Cult”. Jednym słowem, niczego na tej płycie nie brakuje. Prawdziwy grecki klasyk, tyle że wydany w tym roku. Ale kogo to obchodzi. Dopóki śpiewa Stefan, dopóki Grecy będą nagrywali takie albumy, warto wstawać każdego dnia. 

Dodam jeszcze, że album jest pięknie wydany, posiada bardzo grubą książeczkę i naprawdę warto zaopatrzyć się w fizyczne wydanie. 


Katavasia - „Magnus Venator”. Floga Records, wrzesień 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza