poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Niech żyje nam górniczy stan!


Doskonale wiadomo, że jeśli szukać diabła, to najlepiej pod ziemią. To tam przecież jest piekło, jego dom i miejsce, które większość z nas odwiedzi po wydaniu ostatniego oddechu. A kto spędza pod ziemią dużo czasu? Górnicy oczywiście. Nie wiem czy członkowie Dauþuz kiedyś nimi byli, lub nawet nadal są, poświęcili jednak warstwę liryczną swej twórczości, górnictwu właśnie. Dokładnie tradycyjnemu górnictwu europejskiemu z wieków wcześniejszych. Ciekawy to zabieg, który stał się przyczyną niniejszego tekstu, bo muzycznie ich najnowszy materiał „Grubenfall 1727”, nie jest dziełem wielkim, choć bez wątpienia bardzo solidnym.

Pochodzę ze Śląska i dla mnie kopalnie to nic nadzwyczajnego, choć nigdy na szczęście nie było mi dane zjeżdżać pod ziemię, w celach zarobkowych. Praca to ciężka i do przyjemnych nie należąca, trudno jednak porównywać warunki panujące tam dziś, do tych w jakich pracowali górnicy przed wiekami. A te właśnie w jakimś stopniu próbuje nam przybliżyć niemiecki duet, dodając do swych opowieści sporo mistyki, grozy i ludowych przekazów. Efekt jest udany, bo panowie atmosferę stworzyć potrafią. Tegoroczna epka koncentruje się na wydarzeniach z 1727 roku, które przyniosły tragedię pod ziemią. Pewnie dlatego czuć tu też sporo smutku, jest to jednak muzyka agresywna, nie obawiajcie się black metalu smętnie plumkającego. Podejrzewam, iż jest to materiał koncepcyjny, może dlatego pozostał epką, bo jego długość spokojnie daje prawo do zakwalifikowania go jako albumu. Moment, sprawdziłem, należy się sprostowanie – jednak nie w przypadku Dauþuz. Wydali dotąd trzy pełniaki i każdy trwał minut czterdzieści dziewięć. Poprzednia epka trzydzieści pięć, czyli tyle ile „Grubenfall 1727”. Wszystko jasne, panowie mają taki a nie inny modus operandi. Trzy utwory z czego ostatni trwa prawie dwadzieścia minut i jest zdecydowanie najciekawszy. Dużo w nim epickości, choćby dzięki czystym wokalom, sporo fragmentów akustycznych, podniosłych melodii. Tak, Niemcy naprawdę wiedzą jak zbudować klimat. Potrafią też dołożyć do pieca, nie ma więc obaw o jakąkolwiek nudę. Grają klasycznie, bez niepotrzebnych szaleństw i eksperymentów. Ich black metal bez wątpienia jest ciekawy, z drugiej strony nie powala. Gdy jednak dodamy do niego całą tę niecodzienną otoczkę, zyskuje dużo. Słucha mi się tego wydawnictwa dobrze i będzie tak z każdym, kto lubi i ceni solidny, dobry black metal. A tym, którzy tak jak ja, lubią zagłębić się nie tylko w dźwięki ale i teksty, oraz tym, którzy chłoną wydawnictwo wszystkimi zmysłami, sprawi ono sporo radości. 


Dauþuz - „Grubenfall 1727”. Amor Fati Productions, czerwiec 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza