czwartek, 20 sierpnia 2020

Kumbryjski black metal.


Wyspy Brytyjskie nigdy nie były – i pewnie już nie zostaną – black metalową potęgą. Cóż, najwidoczniej wyspiarzom trochę inaczej w duszy gra. Nie oznacza to jednak, że nie znajdziemy tam nazw, którym warto poświęcić uwagę, bo w ostatnich latach sytuacja na tamtejszej scenie wydaje się polepszać (gwoli ścisłości – projektów i zespołów tam sporo, ale jednak tylko niewielka grupka prezentuje się na tyle dobrze, by zwracać na nią uwagę). Jednym z tworów, które definitywnie zasługują na szerszą publiczność, jest Thy Dying Light. W lutym tego roku wypuścili swego pierwszego długograja i jest to krążek, który swą energią i mocą potrafi zaczarować.


Barrow-in-Furness, miasto leżące na zachodnim wybrzeżu Anglii, nad Morzem Irlandzkim, spotkały w tym roku dwie dobre rzeczy. W każdym razie o tych dwóch wiem, bo mogło być ich więcej. Po pierwsze, Barrow AFC, lokalny klub piłkarski, po kilkudziesięciu latach wrócił z obszarów amatorstwa, do ligi zawodowej – co prawda do jej najniższego poziomu, ale jednak. Po drugie, miejscowy zespół black metalowy, Thy Dying Light, wypuścił swój pełnowymiarowy debiut. I też jest on daleki od amatorstwa, choć w przeciwieństwie do klubu piłkarskiego, panowie się na nim raczej nie wzbogacą. Ale oni nie robią tego wszystkiego dla kasy, wystarczy spojrzeć na ich dorobek wydawniczy. Od 2016 roku wydawali jedynie demówki i epki. Tak nie podbija się świata. Mają już jednak na pewno ugruntowaną pozycję w podziemiu i dobrze, bo na to zasługują. Thy Dying Light to duet, który nie odkrywa niczego nowego, jednak swoją energią i entuzjazmem potrafi zarazić. Teoretycznie to klasyczne granie, jednak ich pierwszy album wypełniony jest soczystymi riffami, co w ostatnich czasach nie trafia się często. Dorzucić do tego trzeba ekspresyjny, wyrazisty wokal, brzmienie pełne energii i kompozycje, które wręcz zapraszają do tańca. Wszystko to sprawia, że czterdzieści minut w towarzystwie „Thy Dying Light”, mija bardzo szybko i bardzo przyjemnie. Mógłbym tu pewnie podać wiele powodów dla których warto ten album poznać, ale mnie wystarczy jeden, ten, który jest jego największą siłą – energia. Tu naprawdę czuć zapał i serce, ducha i ogień. Jest w tym tyle entuzjazmu, że mógłbym ten materiał wrzucić w lata dziewięćdziesiąte i zapałem nie odstawałby od klasyków. I to mnie w nim najbardziej ujęło, choć nie można Anglikom odmówić zdolności do budowania ciekawych kompozycji, bo ich debiut to nie tylko szturm kawalerii. Potrafią ciekawie zwolnić, wprowadzić odrobinę zamyślonej atmosfery, wyciszyć słuchacza. Najlepiej jednak czują się w prędkościach większych i zapewne nie przez przypadek, one tu dominują. Jest to więc krążek dla wszystkich tych, którzy doceniają szczerość, entuzjazm i serce włożone w muzykę. A do tego lubią black metal agresywny ale i ciekawy zarazem, szybki, acz nie do przesady, potrafiący zaskoczyć klimatycznymi zwolnieniami. To po prostu album dla tych, którzy kochają dobry black metal. 

Polecam ten krążek mocno, ale warto też zapoznać się z innymi wydawnictwami zespołu, oraz pozostałymi projektami muzyków Thy Dying Light, bo panowie są bardzo aktywni. Nie wszystko jest najwyższych lotów, ale kilka ciekawych tworów można wyłowić. Oby tak dalej. Come on, Barrow! 

PS Warto zauważyć, że to kolejny dobry, tegoroczny strzał wydawniczy Purity Through Fire. I nie ostatni. Szykujcie się na więcej. 


Thy Dying Light - „Thy Dying Light”. Worship Tapes, luty 2020 (kaseta). Purity Through Fire, marzec / kwiecień 2020 (CD i winyl).





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza