poniedziałek, 11 maja 2020

Północ w koronie.


Osiemnaście lat po premierze, dostajemy „Koronę” raz jeszcze. Po napisaniu tych słów, musiałem upewnić się dwa razy, czy nie zaszła pomyłka, ale nie – czas płynie szybko i nieubłaganie. Trzeci album North jest pełnoletni i nic tego nie zmieni. Dostajemy to wznowienie w ciekawym okresie, bo gotowy jest już najnowszy krążek torunian, który przerwie dziewięć lat ciszy. Warto więc przypomnieć sobie „Koronę”, szczególnie, że to – w moim odczuciu - album dla North przełomowy i jedyny w swoim rodzaju, jeśli idzie o dyskografię tego zasłużonego zespołu.

Czas to morderca, często także dla płyt. Niektóre potrafi potraktować bardzo brutalnie, tak, że już do niczego się nie nadają a w każdym razie nie do słuchania. Są też takie, które mogą zyskać, bo zmienił się czas, otoczenie i kontekst. I dla mnie „Korona” jest w tej drugiej grupie. Zaskoczyło mnie to, bo bałem się tego wznowienia. Bałem się go, bo gdy album ukazał się w 2002 roku, nie przypadł mi do gustu. Co tu dużo mówić – szybko się z nim rozstałem, mocno zawiedziony. North był dla mnie wtedy jednym z ważniejszych rodzimych zespołów, tę pozycję zdobył jednak dzięki „Jesiennym Szeptom”, „From the Dark Past” czy „Thorns on the Black Rose”, czyli albumom diametralnie od „Korony” różnym. Pisałem, że to krążek w dyskografii torunian przełomowy i właśnie ten przełom, ta zmiana stylu, nie przypadły mi wtedy do gustu, bo utożsamiałem zespół z zupełnie innymi dźwiękami. Dziś, po osiemnastu latach, odpalenie tego materiału, było jak pierwsze spotkanie, z zupełnie czystą przeszłością i tłem. Jakbyśmy się nigdy wcześniej nie spotkali. Wciąż nie jest to najprostszy w odbiorze album, szczególnie w pierwszych chwilach, jednak moja reakcja była zupełnie inna, dużo bardziej pozytywna. Po pewnym czasie wręcz bliska entuzjazmu. North przeszedł tutaj w rejony cięższe, klasyczny black metal porzucił na rzecz mieszanki z elementami death a nawet thrash metalu, stosując tu także charakterystyczną dla tych gatunków motorykę i w dużym stopniu budowę kompozycji. Wszystko to podane jest w chropowatej, surowej formie, nie pozbawionej jednak potężnej energii. Zmieniły się także wokale Sirkisa i to, o ile dobrze kojarzę, uderzyło mnie wtedy najbardziej. Teraz potrafię to wszystko docenić, choć nadal mam pewne zastrzeżenia, przede wszystkim – album mógłby być krótszy, bo wśród tych prawie pięćdziesięciu minut trochę patentów zbyt często się powtarza. Skrócony, skurczony do swej esencji, byłby jeszcze potężniejszym ciosem. Na szczęście nadal nim jest, w zasadzie to jego najważniejsza cecha. „Korona” to potężne uderzenie, bez zbytecznych wycieczek w rejony zadumy i wyższych uczuć, choć nie pozbawiony podniosłej atmosfery. To muzyczna szarża na znienawidzonego wroga, bez brania jeńców i wysublimowanych ciosów. Liczy się końcowy efekt a tym jest krew, śmierć i pożoga. I tu zespołowi udało się oddanie takiego klimatu na tyle, że mam ochotę chwycić miecz i iść mordować, słuchając każdego z utworów. Za Polskę i dawnych bogów, oczywiście, bo warstwa liryczna nie pozostawia złudzeń. Momentami trąci myszką, momentami lekko infantylna, ale taki był wtedy styl, tak się pisało, tak to wszyscy widzieliśmy i nie było to niczym złym czy zabawnym. 

Osiemnaście lat minęło, album się broni, w każdym razie w uszach kogoś, kto w tamtych latach siedział już w scenie głęboko. Możliwe, że dla dzisiejszych słuchaczy, wychowanych w innej estetyce, będzie to dużo trudniejszy orzech do zgryzienia, może nawet nie dadzą rady – bardzo prawdopodobne i nie zdziwi mnie to. Bez wątpienia jest to zapis tamtych lat, pewnej ery, która miała swoje charakterystyczne cechy, szczególnie jeśli idzie o scenę rodzimowierczą. W tej chwili, z perspektywy czasu, uważam, że to jeden z lepszych albumów tamtych dni i bardzo się cieszę z tego wznowienia, bo pozwoliło mi to dostrzec. Cieszę się także dlatego, że to pierwsze wydanie „Korony” na profesjonalnym CD, wcześniej dostępna była jedynie na kasecie i CD-R. No i jak zwykle w przypadku Werewolf Promotion, jakość wydania na najwyższym poziomie. 


North - „Korona”. Werewolf Promotion, kwiecień 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza