czwartek, 21 maja 2020

Ostatnie strony szkolnych zeszytów.


Jeśli przyjmiemy, że recenzja powinna oddać w jakimś stopniu ducha płyty, by czytający wiedział co go czeka, gdy już postanowi zanurzyć się w sferę dźwięków, to musiałbym dziś zamiast słów, wrzucić tu kilka ikonicznych okładek, wytartą skórę ponabijaną ćwiekami, kilka pasów z amunicją i co najmniej trzy zionięcia ogniem. Do tego morze alkoholu, stos odwróconych krzyży i akt urodzenia pochodzący z lat osiemdziesiątych. Wczesnych lat osiemdziesiątych, gdy black metal nie był jeszcze takim, jakim go dzisiaj wszyscy znamy. Gdy nie był nawet do końca zdefiniowany i jedynym wspólnym mianownikiem był diabeł i bluźnierstwo. I wszystko robiło się w jego imię.

Tą drogą poszedł Nikki Speed, zakładając Trupi Swąd a następnie nagrywając – w imię diabła - „W imię Diabła”. Młody to człowiek, nie może pamiętać tamtych dni (skoro nawet ja ich nie pamiętam!), ale tak wspaniale oddał ich ducha na swym krótkim debiucie, że nic tylko bić brawo. Albo pozerów. Pić, gwałcić zakonnice i sikać na krzyże. Gonić koty i na cmentarzu wyć do księżyca ulubione wersy. Trochę mnie poniosło, ale wierzcie mi – dawno takiej petardy sentymentalnej nie słyszałem. Te jedenaście minut ma w sobie więcej diabła, piekła i szczerej nienawiści do pomiotu mesjasza, niż wiele albumów starych wyjadaczy. Ale wiadomo – młodość ma w sobie moc. Czasami jednak to za mało, bo potrzeba prawdziwej pasji i miłości do takich dźwięków, by zainteresowały one nawet starszych słuchaczy, którzy z niejednego już pieca słuchali siarki. Twórca „W imię Diabła” ma to wszystko, do tego jest uzdolnionym kompozytorem i dzięki temu te cztery utwory (z których jeden to perfekcyjne intro) to sam miód. Stare Bathory, stary Kat i wiele innych nazw – dziś kultowych – jest tu obecnych. Ale przede wszystkim jest tu Trupi Swąd. Bo choć nie jest to materiał oryginalny – wszystko to już w końcu było – ma w sobie bardzo dużo świeżości, wniesionej przez twórcę i jego spojrzenie z perspektywy czasu. Dzięki temu energia wręcz rozsadza ten krążek a słuchacz (w każdym razie ja) ma ochotę na szybką profanację czegokolwiek noszącego znamiona świętości. A już totalnym strzałem w dziesiątkę są teksty! W warstwie lirycznej dzieją się tu takie rzeczy, że to najzwyklejszy wehikuł czasu (ale nie ten Riedlowy na szczęście!), do dni, gdy nikt nie starał się być natchnionym poetą i wieszczem narodowej sceny black metalowej (choć częściej ostatnio już kabaretowej). Proste jak szybki cios, dosadne jak pijak pod nocnym sklepem i infantylne jak pierwsze bazgroły piętnastolatka, malującego pentagramy na końcu zeszytu do matmy. Ale ile w nich uroku! Lektura przynosi wspomnienia i jest sentymentalną wycieczką, ale taką, której nie chce się kończyć. W połączeniu z muzyką są nie do pobicia. 

Tak, ten materiał ma wszystko – prymitywną okładkę, doskonałą, kompletnie nieoryginalną muzykę, zajebiste wokale, polskie teksty z rejonów późnej podstawówki i bardzo limitowany nakład (tylko 166 sztuk, więc nie zwlekajcie). Czego chcieć więcej? Koncertów oczywiście, bo to będzie petarda (tu prośba do twórcy – przemyśl to mocno!) i kolejnych wydawnictw. 

Wracam do słuchania, zostawiając Was ze słowami mądrości: 

„Obróć krzyż na swej ścianie 
Klecha jest dziś głównym daniem 
Kościół podpal, w proch go obróć 
By na ziemi nastał spokój 
Klękaj panie z kurwy matki 
Będziesz dzisiaj wąchał kwiatki 
Swych rodziców wiarę złam 
Tak szatana rozkaz brzmiał...” 


Trupi Swąd - „W imię Diabła”. Putrid Cult, marzec 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza