wtorek, 14 kwietnia 2020

Włócznie w żebrach Chrystusa*.


W ostatnim czasie – mam tu na myśli jakiś rok, może dwa – trafia w me ręce coraz więcej muzyki pochodzącej z Serbii. Nie wiem, może zawsze tak było, tylko nie zwracałem uwagi? Raczej nie, bo ja zawsze zwracam uwagę na kraj pochodzenia, tak jak w przypadku pomidorów czy jabłek. Może po prostu tamtejsza scena, została wreszcie lepiej dostrzeżona i dzięki temu na szersze, podziemne wody, wypływa więcej ciekawych projektów. Jedne lepsze, drugie przeciętne, ale nie trafiłem jeszcze na kompletny dramat. Nowy krążek Angelgoat tego nie zmieni, choć do ekstraklasy mu daleko.

Będę z Wami szczery i przyznam się od razu – nigdy wcześniej o tym projekcie nie słyszałem a co za tym idzie – nie słyszałem również jego muzyki. „The Lucifer Within” to nasze pierwsze spotkanie. Możliwości były, bo to już trzeci krążek Angelgoat, no ale cóż, widocznie bywaliśmy w różnych miejscach i los zetknął nas dopiero teraz (los, czyli wydawca). Piszę o Angelgoat „projekt”, bo choć był okres, w którym składał się on z dwóch muzyków, to jednak większość egzystencji spędził jako twór jednoosobowy. Nie miałem czasu ani jakiejś większej chęci by nadrobić wcześniejsze materiały, nie będę więc się do nich odnosił. Nie to, żebym po wysłuchaniu „The Lucifer Within” miał dość tej znajomości, po prostu Angelgoat nie tworzy niczego na tyle zajmującego, bym koniecznie chciał poznać jego przeszłość. To po prostu solidny średniak, bez większych wodotrysków, bez niesamowicie ujmującego klimatu czy porywających kompozycji. Słucha się tego dobrze, bo to w końcu klasyczny black metal, zagrany poprawnie, brzmiący dobrze, ale nie ma w tym wszystkim tej natchnionej iskry. Tego cudownego elementu, który porywa, który oddziela materiały przeciętne, od bardzo dobrych. Ot, trzydzieści sześć minut black metalu, jakiego wiele. Utwory są dość monotonne i w pewnym momencie można odczuć lekkie znużenie. Perkusja – najprawdopodobniej - została nagrana raz i podstawiona do wszystkich numerów. To prawie tak jak w „Transilvanian Hunger”, tyle, że słowo prawie jest tu bardzo ważne. Bo to jednak nie ten poziom. Z drugiej strony, trudno cokolwiek - poza brakiem tej duchowej iskry - zarzucić trzeciemu krążkowi Angelgoat. Bo wszystko jest tu jak w podręczniku, tylko nie do końca wiem, czy w przypadku tej płyty to plus, czy minus. Może jednak trochę więcej kreatywności? Ale wiadomo, tak krawiec kraje jak mu materii staje. Bądź talentu. Nie ma co jednak załamywać rąk, bo baza do budowy jest. Bycie solidnym wyrobnikiem, w czasach idoli tworzonych przez media społecznościowe, to już całkiem dobra zaliczka. Album polecam wszystkim tym, którzy nie spożywają tak ogromnych ilości black metalu każdego dnia i dla których nowa płyta to duże prawdopodobieństwo cudownej podróży. Przy moim przerobie przemysłowym, większość krążków to ledwie spacer, potrzeba naprawdę więcej niż tylko solidność, bym został na dłużej. I wcale nie poczytuję tego jako szczęście, bo tęsknię za czasami, gdy wszystko było nowe, piękne i ekscytujące. Ale to se ne vrati, pane Havranek.

* - nawiązanie do uroczego tytułu jednego z utworów. 


Angelgoat - „The Lucifer Within”. Morbid Chapel Records, luty 2020.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza