piątek, 3 kwietnia 2020

Wiatry przeszłości.


Nie wiem kto tworzy okładki dla Morbid Winds, ale bez wątpienia są to jedne z najoryginalniejszych obrazów w black metalu. Przed sobą mam ich najnowsze demo, „The Ruin of Forgotten Desolation”, z którego spogląda na mnie jakiś dziwny osobnik, z wielkimi oczami, narysowany w sposób dosadnie prosty, ale to jeszcze nic – sprawdźcie okładkę ich pierwszego demo! Ona w połączeniu z jego tytułem, mówiąc delikatnie zadziwia. Ale – nie o grafikach dziś będzie, zostawmy je na boku, bo Morbid Winds grają naprawdę dobrą muzykę i już na wstępie polecam ich drugie demo.

Pierwszego nie słyszałem, bo wyszło tylko na kasecie, ale może jakoś uda się ten brak nadrobić. Chciałbym, bo to co słyszę na wydanym w styczniu „The Ruin of Forgotten Desolation”, mocno zachęca. Nie spodziewam się więc zawodu, szczególnie, że zespół tworzą ludzie doświadczeni i w temacie obyci. Liczba kapel, w których bębni Diabolizer, zmusza mnie do pytania – czy ten facet jest jedynym perkusistą w Wielkopolsce? Znajdźcie jeszcze kogoś panowie, bo w pewnym momencie organizm nie wytrzyma, a byłaby to spora strata, gdyż dobry z niego garowy. Póki co jednak, jest w składzie Morbid Winds i powinno nas to wszystkich cieszyć. Drugie demo zespołu to prawie dwadzieścia minut grania. Sześć kompozycji, w tym intro i outro. Szybka matematyka i już wiemy, że chłopaki nie gustują w rozwlekłych utworach. To również nie martwi, bo od pierwszych dźwięków – nawet biorąc pod uwagę proste i oczywiste intro – pojawia się bardzo fajny klimat i atmosfera. Oraz silne uczucie powrotu do początków polskiej sceny black metalowej. Wokal, perkusja, brzmienie, pełne podniosłej grozy klawisze – wszystko to przypomina pierwsze dokonania kilku uznanych swego czasu hord z południa kraju. Ale nie tylko to znajdziemy na drugim demo Morbid Winds, bo zespół choć bazuje na pewnych fundamentach z przeszłości, to moc i energię ma dzisiejszą. Więcej w tym dynamiki a momentami to aż tańczyć się chce! Klawisze, we współpracy z perkusją (może dziwnie to brzmi, ale tak jest), to największa siła tego materiału. I wokal. Te elementy sprawiają, że człowiekowi serce rośnie. Jeśli ktoś, tak jak ja, ma wielką słabość do polskiego black metalu lat dziewięćdziesiątych, szybko zrozumie, czemu słuchając tego materiału mam na twarzy uśmiech. Tak powinno się to robić, tak powinno to brzmieć i nie mam wątpliwości, że gdyby Morbid Winds wypuścili ten materiał w 1993 roku, byłby od dawna uważany za klasyk. Dziś natomiast może służyć za przykład, jak udanie powrócić do przeszłości, oraz jak grać black metal. Tak po prostu. Niektórzy już o tym zapomnieli, siląc się na jakieś zupełnie niepotrzebne eksperymenty. A przecież to prosta sprawa i nie trzeba wymyślać koła po raz drugi. Morbid Winds nie wymyśla, tworzy natomiast świetną muzykę, która bez wątpienia przypadnie do gustu nie tylko takim starym prykom jak ja, pamiętającym początki sceny. Słucham i oderwać się nie mogę. Szkoda, że to tylko dwadzieścia minut. Pozycja obowiązkowa. 

A już tak całkiem na koniec - te okładki mają swój urok oczywiście, wystarczy się z nimi oswoić i uświadomić, że w końcu to black metal, nie wszystko musi być piękne. 

P.S. Aktualizacja (ponieważ pomiędzy napisaniem recenzji a jej opublikowaniem mija trochę czasu) – wiem już kto tworzy okładki, ale nie powiem, bo to niczego nie zmienia, oraz – dzięki uprzejmości wokalisty słyszałem pierwsze demo: dobry materiał, ale to inna bajka. Nie zmienia to faktu, że polecam również, ale bardziej interesuje mnie przyszłość i teraźniejszość tego zespołu, niż jego przeszłość. 


Morbid Winds – „The Ruin of Forgotten Desolation”. Worship Tapes (kaseta), styczeń 2020 / Morbid Chapel Records (CD), luty 2020.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza