środa, 8 kwietnia 2020

Właściwy kierunek.


Proszę państwa, jak nam się ładnie ten Thurthul rozwinął! W styczniu 2019 roku pisałem o debiucie projektu (tutaj), założonego przez Griefa, dla którego podstawowym tworem była (i pewnie jest) Nyctophilia (jak ktoś nie zna – tu może poczytać). Epka „Heritage & Blood” była przyzwoitym startem, ale miała swoje braki, niedociągnięcia – jednym słowem, było nad czym pracować. Gdy dziś słucham „Fury of Ancient Race” wiem, że Filip nie przespał tego czasu. Pełnowymiarowy debiut to bardzo udany album. Prawdopodobnie najlepszy krążek spośród wszystkich, jakie stworzył Grief.

Oczywiście nie znaczy to, że „Fury of Ancient Race” to jakieś objawienie na scenie i za chwilę powstanie nowy odłam black metalu. Nie, nie rozpędzajmy się, szczególnie, że Thurthul nie ma takich aspiracji. To projekt mający w swej twórczości powracać do klasyki drugiej fali, oddawać hołd tamtym albumom i ideałom. I tak też czyni. Bardzo sprawnie i z polotem, dodam. Udanie zostały wyważone tu akcenty „pogańskie” (ktoś kiedyś stworzył odłam o nazwie „viking metal”, by wyodrębnić z black metalu rzeczy o tematyce pogańskiej, choć muzyka była podobna, ale z biegiem czasu rozwinęła się i oczywiście nie dotyczy już tylko wikingów), bo Thurthul swego przesłania nie zmienia. Wciąż obracamy się w świecie przodków, historii, dumy i oczywiście nienawiści do chrześcijaństwa. W muzyce projektu dobrze to słychać, bo choć bazą są środki klasyczne, znane nam wszystkim doskonale, to finalny odbiór płyty jest doprawiony smakiem i klimatem wszystkich tych czynników, o których wspomniałem, stąd nie mamy wątpliwości, jaka jest tematyka albumu. I za to spore brawa, bo nie zawsze wychodzi to udanie. Łatwo można przesadzić i zrobić z siebie jarmarcznego grajka z Wólki Górnej. „Fury of Ancient Race” to album mocny, klasycznie black metalowy, posiadający jednak trafnie oddany klimat. To plus pierwszy. Kolejnym bez wątpienia jest sama muzyka, dająca nam sporo przyjemnych momentów, nie nudząca, chwilami mocno porywająca. Dobre melodie, rozsądne wykorzystanie klawiszy (akurat tyle ile trzeba, by pewne fragmenty podkreślić, dać im głębię), no i ciekawsze niż na debiucie wokale (na które trochę ostatnim razem narzekałem). To wszystko składa się na plus drugi. Trzecim będzie brzmienie, ostre, dość klarowne, ale mocne i nie na tyle czyste, by uciekać w popłochu. Wszystko co najważniejsze, Grief poprawił, rozwinął, uczynił lepszym. Cieszy także praktycznie niewyczuwalna obecność Nyctophilii, udało się Filipowi rozdzielić te projekty na tyle skutecznie, że są tu może ze dwa momenty, w których nachodzą mnie skojarzenia. Jedyne, czego mi tu brakuje, to większej ilości chwil podniosłych, doprawionych potężnymi kotłami, ale: to już taka moja fiksacja, nikogo nie będę zmuszał (zawsze jednak wskażę tu najlepsze albumy Graveland, jako ideał). Podsumowując, jest naprawdę dobrze. Jeśli projekt będzie się tak rozwijał, to kolejne krążki mogą namieszać w podziemiu. 

Na sam koniec mała łyżka dziegciu – oprawa graficzna. Kompletnie nie przekonuje, jest zbyt monotonna, po prostu nieudana. Sama okładka jeszcze się jakoś broni, ale całość zrobiona na zasadzie powielenia dwóch obrazów już nie. Pierwszy raz to piszę, recenzując materiał Griefa, mam nadzieję, że ostatni. Szkoda, bo był tu potencjał na naprawdę ciekawe uzupełnienie i dopełnienie muzyki. 


Thurthul – „Fury of Ancient Race”. Dark Omens Production, marzec 2020.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza