niedziela, 5 kwietnia 2020

The Fall, odsłona druga.


Gdy rozmawialiśmy ostatnim razem (tutaj), poruszane były sprawy kilku projektów muzycznych, które tworzy bądź współtworzy The Fall. To jednak był lipiec 2019 roku a dziś, w kwietniu 2020 jesteśmy świeżo po premierze drugiego krążka Medico Peste i dlatego większość poniższej rozmowy poświęcona jest temu zespołowi oraz albumowi „The Black Bile” (recenzja tutaj). Nie znaczy to jednak, iż nie poruszyliśmy także kilku innych kwestii. Zapraszam.








PP: Dzień dobry! Po naszej ostatniej rozmowie, która odbyła się w lipcu zeszłego roku, obiecaliśmy sobie kolejną, gdy tylko będzie ku temu sensowny powód. W domyśle chodziło o nowy album Medico Peste. Premiera „The Black Bile” za nami, stąd nasze kolejne spotkanie. Bardzo dobry album, gratuluję. Jesteś zadowolony z finalnego efektu, gdy już trzymasz w ręku fizyczne wydanie? 

TF: Uważam, że to niezła płyta i zrobiliśmy tyle ile mogliśmy, włożyliśmy w nią dużo serca i pracy. Jednocześnie nigdy nie jestem w pełni zadowolony ze swoich nagrań, minęło nie tak dużo czasu od premiery, a ja już pewne rzeczy chciałbym doszlifować bardziej lub zrobić nieco inaczej. Można o tym pomyśleć jako o chujozie charakteru i byciu z siebie wiecznie niezadowolonym, ale uważam, ze dopóki ciągle chciałbyś poprawiać swoje poprzednie płyty, to oznacza, że chcesz grać dalej i robić nowe. 

Zgadzam się. Zastanawia mnie tylko brak klasycznej formułki: "to nasza najlepsza jak dotąd płyta". Widzisz ją tak, czy nie wartościujesz swoich krążków? 

Czy taka formuła faktycznie ma sens jeśli zespół nagrał dwie płyty w przeciągu 10 lat? Gdyby nie była w naszych kategoriach lepsza niż poprzednia to byśmy jej nie nagrali. Skasowalibyśmy materiał i zaczęli jeszcze raz. Myślę, że każdy zespół tak robi jeśli nagrywa płytę, że to coś lepszego, nowego, świeżego. Ale takie rzeczy nie są nigdy obiektywne, zespołowi coś się wydaje, a to co powstaje spełnia tylko jego kryteria "najlepszego albumu w karierze". Mi kompletnie nie podoba się nowy Ulver, Godspeed you black emperor, Mayhem ani nawet najnowszy Basiński, a każdy z nich w subiektywnym odczuciu tworzył na pewno coś lepszego niż wcześniej. Na pewno sam znasz takich przykładów na pęczki, prawda? 

Jasne, że znam. Dla mnie taka formuła nie ma sensu, bo uważam, że każdy album to najlepsze co dany artysta miał w tamtym czasie do zaproponowania. Pytanie było raczej lekko przekorne. Ale w Waszym przypadku, tak się dobrze składa, że dla mnie "The Black Bile" to faktycznie Wasz najlepszy dotychczasowy krążek. 

Dzięki! Cieszy mnie to. 

Mówiłeś, podczas wspomnianej już poprzedniej rozmowy, że nowy album będzie podążał drogą wytyczoną przez epkę „Herzogian Darkness”. O ile w warstwie samej oprawy albumu jak najbardziej się to potwierdza, o tyle muzycznie… no właśnie, tu mam problem, bo z jednej strony to ten sam styl, jednak mam wrażenie, albo miałem świeżo po odsłuchu „Herzogian...” – że pójdziecie dalej, będzie więcej szaleństwa, chorego materiału. A „The Black Bile” wydaje mi się dość zachowawczym krążkiem, wręcz przebojowym. Jak Ty to widzisz? 

Tak myślisz? Mi się wydaje, że zdecydowanie jest to podążanie tą właśnie ścieżką. Może szaleństwo na „Herzogian Darkness” było pokazane bardziej bezpośrednio, oświetlone taką piwniczną jarzeniówką, wyeksponowane, a na „The Black Bile” jest bardziej podskórne, nieoczywiste, ukryte pod bardziej wycyzelowanymi, piosenkowymi strukturami? 

Nie zrozum mnie źle - to jest podążanie tą ścieżką, po prostu, sam do końca nie wiem czemu, spodziewałem się kompletnie popieprzonego materiału. A tu proszę pana hity! Co mnie akurat cieszy, bo ja lubię taneczne piosenki! A poważnie - bo lubię teorie spiskowe w metalu - czy to nie przypadkiem wpływ nowej, większej wytwórni?

Podczas trasy Mgły, na jednej z imprez poznałem Michaela z Season Of Mist i dopiero wtedy padł pomysł wydania u niego Medico. Materiał był już dawno nagrany, czekał tylko na miks. Wytwórnia nie miała tu nic do gadania, zaakceptowali płytę taką, jaka była. 

Uspokoiłeś mnie. Nie jestem bowiem zwolennikiem mieszania się wydawców do zawartości muzycznej wydawanych przez nich albumów. Skoro już jesteśmy przy Season Of Mist - współpraca jak dotąd układa się dobrze? Każdy z Waszych materiałów wychodził u kogoś innego - co za tym stoi? 

Może z tego samego powodu, z jakiego każdy album brzmi inaczej? Szukamy, zmieniamy się, eksperymentujemy. Współpraca układa się dobrze, choć dla nas jest to coś nowego i momentami przypomina bardziej nasze doświadczenia z pracy w korporacji, niż doświadczenia z undergroundowego labelu. 

Czy to Cię nie martwi w kontekście przyszłości? A w szerszym spojrzeniu - uważasz, że takie korporacyjne podejście może sprawdzić się w przypadku muzyki, w której emocje, szczerość i pasja są najważniejsze? 

Myślę, że trzeba być z tym bardzo ostrożnym. Excel może ci dużo pomóc, pokaże ci dokładnie jakie są twoje możliwości, na ile sobie możesz pozwolić, ile masz środków i ile czasu. Ale nie możesz zapomnieć, że twój zespół nie mieści się w komórce w Excelu. Jeśli zapomnisz - kaplica. Zabijasz wtedy to, co robisz. Obliczenia, procedury, to wszystko może się obracać wokół zespołu, ale nigdy nie może spenetrować pewnej zbroi i wedrzeć się do środka. Jeśli zauważymy, że coś się pierdoli, natychmiast wracamy do podziemnego labelu, czy nawet self-releasa. 

Self-release nie byłby potrzebny, wielu chętnych w podziemiu wydawców się znajdzie. Ale nie zapeszajmy. Wróćmy do "The Black Bile". Sporo za mną odsłuchów i pomimo tego nadal nie czuję się pewnie przy tym krążku - trudno mi stwierdzić, gdzie jestem, czy to początek czy końcówka. Krążek jest bardzo zróżnicowany i bogaty, pomimo tego jego całościowy odbiór jest dla mnie dość jednorodny i trudno coś z niego wyodrębnić. Czy można go w jakimś stopniu określić albumem koncepcyjnym, zamkniętą całością? 

Nie planowaliśmy zrobić albumu koncepcyjnego, ale chcieliśmy, żeby album był spójny i w pewnym sensie narracyjny. To bardziej siedem miniatur. Każdy kawałek to osobna szkatułka czy krypta, i zawartość może nie mieć ze sobą wiele wspólnego, ale jak spojrzysz na nie z daleka, zauważysz, że są wobec siebie w pewnej zależności. Kiedyś jeden z moich ulubionych reżyserów – Harmony Korine, powiedział coś genialnego o narracji. To było coś w stylu - "film musi mieć początek, rozwinięcie i koniec, ale niekoniecznie w tej kolejności". Mam tę myśl bardzo głęboko w sercu. 

Tak, bardzo ciekawe słowa i mam wrażenie, że bardzo dobrze odnoszą się do "The Black Bile". Ten album mógłby zacząć się końcem i nadal jego finalny odbiór byłby taki sam. A jak kwestia wygląda w warstwie tekstowej? Czy tutaj znajdziemy jakąś myśl przewodnią? 

Jak dla mnie te teksty podobnie jak utwory mają rozmytą narrację, pozostają do siebie w zależności, ale nie pełnej, nie linearnej. Więcej w nich impresji niż faktycznej historii. A myśl przewodnia? To właśnie czarna żółć - apokaliptyczna melancholia rozumiana w nasz sposób, zalana wywarem z religii i szaleństwa. Nie jest to taka melancholia, jak rozumie się ją teraz - jako lekkie przygnębienie, ale bardziej tak jak rozumiała ją starożytna medycyna - depresja, strach, obłęd, najczarniejsze emocje, jakie możesz sobie wyobrazić.


Medico Peste


Czytając je miałem poczucie maleńkości człowieka wobec jakiegoś absolutu, świata a nawet idei, które przekładało się na mnie bezpośrednio, potęgowane muzyką. Nie wiem czy trafiam celnie, ale z drugiej strony odbiór sztuki jest bardzo subiektywny. Zmierzam do tego, że udało Wam się dobrze połączyć ze sobą warstwę liryczną z dźwiękiem, wywołują oba te światy podobne uczucia, prowokują podobne myśli. 

Cieszy mnie, że tak to odebrałeś, bo my odbieramy to podobnie. A tekst i muzykę chcieliśmy zszyć chirurgicznie ciasno, zakleszczyć najbardziej jak się da. Zresztą zawsze bardzo inspirowały mnie płyty, które miały konstrukcję wręcz słuchowiska radiowego, jak na przykład „Voodoo” Kinga Diamonda, „Perdition City” czy „Dni Wiatru” Ścianki. Mało takich płyt w black metalu, a bardzo szkoda. 

Hm, czy mało? Tu pewnie można dyskutować, ale wiele przecież zależy od osobistego odbioru. Fajnie, że u Was wyszło to tak dobrze. Jest między Wami tak silne zrozumienie, czy pewne rzeczy, pisząc muzykę i teksty, konsultowaliście między sobą? 

Nie wiem czy „konsultowaliśmy” to dobre określenie. Bardziej dochodziło do szybkiej wymiany idei między nami. Wyobraź sobie, że gramy w pingponga kamienną kulą, ja uderzam do Ciebie. Możesz tego w ogóle nie przyjąć i czekać na następną piłkę. Jak ją uderzysz, zostawiasz na niej wgniecenie, ukruszasz ją. Ja odbieram strzał, mogę go odrzucić, oddać uderzenie zostawiając na piłce swój ślad, lub uznać grę za skończoną i schować rzeźbę do gabloty. Tak właśnie graliśmy między sobą, a kamienną kulą był każdy pomysł, riff, idea czy fragment tekstu. Set trwał czasem po kilkadziesiąt uderzeń. 

Pięknie to wyjaśniłeś. W takim razie, jak długo pracowaliście nad tym, co dziś możemy podziwiać jako "The Black Bile"? 

Wydaje mi się, że od momentu kiedy pojawiły się pierwsze pomysły do momentu kiedy album był nagrany minęło około roku. Nie spieszyliśmy się jakoś bardzo. Mieliśmy bardzo dużo innych rzeczy na głowie w tamtym czasie. Samo nagranie poszło bardzo szybko, poza wokalami, które nagrywaliśmy jakieś 24 godziny zsumowanego czasu w studiu. Tam byliśmy wybredni do granic możliwości, pracowaliśmy mozolnie, w ciszy i skupieniu, tylko we dwóch, przy przygaszonym świetle. 

Było warto. Wokale robią wrażenie. Tak przy okazji, bo nie znalazłem tej informacji we wkładce - kto odpowiada za finalny miks materiału? 

Mikołaj.

Tak podejrzewałem. Wykonał dobrą robotę. Album brzmi mrocznie, gęsto, ale zarazem klarownie. Skoro już wywołaliśmy temat Mikołaja, przejdźmy do pozostałych Twoich aktywności, o których wcześniej wspomniałeś. Sporo ostatnio podróżowałeś z Mgłą, między innymi do Ameryki Południowej. Jak wrażenia? Organizacja, przyjęcie fanów? 

Jadąc na trasę po Ameryce Południowej przede wszystkim myślisz o tym, żeby nie zapuszczać się w miejsca, gdzie ktoś może Ci grozić klamką, nie dać się pogryźć komarom albo nie pić nieprzegotowanej wody. Tymczasem my mieliśmy przygody innego sortu. Zdarzało się, że kraj do którego wjechaliśmy dzień później był już zamykany z powodu epidemii lub odwoływał koncerty i zgromadzenia i udało nam się zagrać w niemal ostatniej chwili. W pewnym momencie zrobiło się tak gorąco, ze nasz tour manager musiał wracać do Ekwadoru, gdyż kilka dni później, nawet jako obywatel kraju miałby problemy z powrotem. Loty były odwoływane coraz gęściej, coraz więcej krajów było zamykanych, a kiedy MSZ napisało maila, w którym zasugerowało nam natychmiastowy powrót do Europy byliśmy całkowicie zmuszeni przerwać trasę. Jeśli chodzi o same koncerty i podróże, odejmując wątki pandemiczne to będę ten wyjazd wspominał naprawdę dobrze. Publika wbrew internetowemu stereotypowi poza fanatyzmem muzycznym ma też sporo szacunku i zdrowego dystansu do ludzi grających w zespołach. To się ceni.

Sporo tworzysz jako muzyk a z Mgłą jeździsz coraz więcej, co oczywiście ogranicza czas. Może teraz, szukając jakichś pozytywów tej całej sytuacji, jest dobry okres, by ruszyć mocniej z pozostałymi projektami - Owls Woods Graves i Over the Voids? 

O żadnym z tych zespołów nie zapomniałem i z każdym powolutku coś szykuję. 

Konkrety drogi panie - kiedy możemy oczekiwać czegoś nowego od OtV, bo tu, podejrzewam, jesteśmy bliżsi narodzin? To pytanie ważne, bo jak wiesz, jestem zagorzałym fanem.

Zdecydowanie Over the Voids jest ze wszystkiego na największym etapie zaawansowania. Nie chcę nic mówić póki nie zamknę pewnego etapu tworzenia. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że jeśli spełnią się moje prognozy, to w tym roku zostaną wydane przynajmniej dwa albumy, na których zagram. 

Strzelam, że drugi to Ashes? 

Minimum dwa - to jedyne co mogę teraz powiedzieć. 

Dobra, pozostawmy pewne rzeczy w mrokach spekulacji, niespodzianka będzie większa. Wracając do Medico, bo poniekąd jest to kwestia związana z aktywnością - czy teraz, kiedy sytuacja w zespole jest stabilniejsza, wejdziecie na bardziej regularną ścieżkę wydawniczą? A może w jakimś stopniu zobowiązuje Was do tego kontrakt z SoM? 

Nie ma tutaj jakiegoś ciśnienia ze strony wytwórni, ale bardziej chodzi o to, że poczuliśmy, że po latach poszukiwań znaleźliśmy swój trakt i chcemy nim podążać. Po tej płycie bardzo chce nam się grać i robić następne rzeczy. Choć chwilowo zajęliśmy się czymś innym, to pewnie za jakiś czas ruszymy do komponowania następcy i wygląda na to, ze będzie to album wydany w tym samym labelu.



The Fall. Zdjęcie: Tomasz Kantyka



Znamy już mniej więcej Twoje i zespołu plany na przyszłość, ale dziś czynić plany to jak pisać patykiem na wodzie. Sytuacja jest nieprzyjemna ale z drugiej strony ciekawa, bo przeżywamy coś takiego pierwszy raz. Jak się w tym odnajdujesz i jak widzisz to co się w tej chwili dzieje? 

W tym momencie będąc w domu i w swoim kraju czuje się dość komfortowo i bezpiecznie. Jeszcze dwa tygodnie temu staliśmy przed perspektywą utknięcia w Kolumbii bez realnej możliwości powrotu. Kraje były zamykane , a loty odwoływane z godziny na godzinę. Żywot pustelniczy, bez życia społecznego mnie nie przeraża, tak samo jak nie przeraża mnie wizja skromnego życia. Wygląda na to, że na jakiś czas musimy się przygotować na jedno i drugie. Branża muzyczna jest tu dość mocno obciążona, bo nie wiadomo kiedy zagramy kolejne koncerty. 

Przymusowa kwarantanna po powrocie odbyta? Sumiennie Was kontrolowano, czy to raczej pic na wodę? 

Tak, siedziałem w mieszkaniu dwa tygodnie - kwarantanna skończyła się dokładnie 12 godzin temu. Policja była u mnie prawie codziennie i pokazywałem im się w oknie. 

Brzmi to dość surrealistycznie i wręcz zabawnie, choć oczywiście dla tych, którzy walczą z zarazą, cała sprawa zabawna nie jest. Ale patrząc na to przez pryzmat black metalu, spełniają się właśnie marzenia wielu muzyków (o ile wierzyć ich tekstom). To w zasadzie wprowadzenie nazwy Waszego zespołu w czyn, prawda? 

Myślę, że zdecydowana większość muzyków, którzy śpiewają o wojnie, zarazie, masowym mordzie i innych katastrofach nie robi tego dlatego, że fantazjuje na temat ich przyjścia i udziału w nich, tylko manifestuje swój stan psychiczny. Pokazuje, że oni się tak czują, że mentalnie są w tej rzeczywistości, żyją w piekle. Pragnienie zagłady czy depopulacji świata jest raczej dziecinną fantazją w muzyce, bo każdemu kto chce nadejścia katastrofy zmiękną nogi, jeżeli stanie z zagrożeniem twarzą w twarz. Tiamat kiedyś śpiewał nawet ładnie - "so much for suicide, lots of talk, but you never tried". 

Pewnie masz dużo racji, w każdym razie na pewno do wielu można te słowa odnieść. Co nie zmienia faktu, że raz na jakiś czas przydaje się ludzkości jakiś rodzaj selekcji naturalnej, bądź naturalnej mniej. Widzę to w ten sposób - i myślę, że wielu z tych muzyków również - żyję i chcę żyć, ale trochę elementu podejrzanego ideologicznie i intelektualnie, można by się pozbyć. Black metal to jednak nie miłość i tolerancja, prawda? 

Epidemia zabija ludzi niemalże losowo. Wirus będzie preferował śmierć tych, którzy będą starsi, chorzy na przewlekłe choroby układu oddechowego, cukrzycę. I doktor medycyny i recydywista, pilot samolotu i wieloletni żul spod sklepu są tak samo potencjalną ofiarą. Ciekawy był moment, kiedy zastępca ministra zdrowia w Iranie, kiedy rozchorował się na koronawirusa nazwał go "demokratycznym" wirusem, bo może trafić na każdego, wszyscy są równi. Uważasz, że to potrzebna selekcja naturalna, która naprawi świat? A myślenie pod tytułem "chciałbym się pozbyć ludzi, którzy są elementem podejrzanym ideologicznie i intelektualnie" jest pułapką, bo Ty możesz być dla kogoś "podejrzany ideologicznie i intelektualnie". Czemu sądzisz, że to akurat Ty jesteś na szczycie takiej piramidy społecznej reprezentując prymat intelektualny i ideologiczny i zasługujesz na życie? 

Pełna zgoda, że on nie wybiera i mówiąc o pozbywaniu się elementów podejrzanych ideologicznie, nie miałem na myśli wirusa. Tu to jest totolotek, choć oczywiście pewne czynniki mają wpływ na możliwość zarażenia. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ja mogę być dla kogoś niewygodny ideologicznie, wręcz wiem, że jestem i wiem, że jeszcze kilkaset lat temu by się mnie pozbyto bez żalu. Nie mam złudzeń. Ale taka jest ludzkość, odwieczne ścieranie się idei. Przy czym ja wcale nie twierdzę, że jestem na szczycie piramidy, takie zadufanie prowadzi do szybkiego upadku, co też znamy z historii. Ale wracając do pierwotnej myśli - pisałem o tym, bo obserwuję ludzi podczas tej epidemii i bawią mnie zachowania niektórych "wielkich black metalowców" polegające na współczuciu, ubolewaniu itd. Jak tak kochasz wszystkich, to nie śpiewaj o masowych mordach chrześcijan, które są twoim mokrym snem. Tu się chyba zgodzisz? 

Ciężko mi się do tego odnieść bo nie znam nikogo, kto by spełniał te kryteria, o których napisałeś. Możesz podać jakiś przykład? 

Nie chcę tu operować nazwiskami, czy konkretnymi nazwami, zasłonię się więc sklerozą. Po prostu mnie to bawi. Ale już wychodząc poza black metal, cała ta sytuacja daje sporo informacji o ludzkiej naturze - w ujęciu ogólnym, jak i jednostkowym. Prym wiodą oczywiście katolicy i nasi cudowni politycy. Ale w to się już może zagłębiać nie będziemy? 

"Kapłan ma nie tylko umyte ręce w sensie, w jakim oczekuje tego pan minister zdrowia, lecz ma też umyte ręce w sensie nadprzyrodzonym" to są słowa, które wypowiedział związany z TV TRWAM ks Guz, który sugerował, ze podczas obrzędów religijnych nie można zarazić się koronawirusem. W Polsce wyjątkowo mocno widać jak religia potrafi być paliwem do głupoty i być po prostu niebezpieczna dla zdrowia. Jak dla mnie człowiek który pisze takie rzeczy jest już tak niemożliwie odrealniony od rzeczywistego świata i tak niebezpieczny, że powinien być ukarany za to w świetle prawa. Takich przykładów z ostatnich tygodni jest jak grzyby po deszczu, co niestety jawnie pokazuje to, jak niektórzy ludzie mocno religijni mają problemy z postrzeganiem rzeczywistości i potrafią być dla siebie i innych niebezpieczni. Dodam, ze absolutną koroną tego absurdu jest akurat kościół prawosławny, który oficjalnie, podczas synodu wydał oświadczenie, że komunia nie zaraza wirusem, stawiając tym samym teologiczny bełkot nad biologią, chemią i fizyką. 

A więc wchodzimy w to, dobrze! Wiesz, ja czasami przecieram oczy ze zdumienia, słysząc tych kościelnych hierarchów, którzy dopominają się większej ilości mszy, czy przeczą nauce i zdrowemu rozsądkowi. Ale to z drugiej strony nic nowego, prawda? Bardziej martwią mnie świeccy debile, powtarzający te brednie. A najbardziej, po takich wypowiedziach zastanawia mnie, że jeszcze ktokolwiek może upatrywać jakiegokolwiek autorytetu w kościele. I tu wracamy do naszego wirusa - on największe żniwo zbiera wśród najstarszych a tam jest największa baza zwolenników tej chorej instytucji. Tak więc, graj muzyko! 

Takie ekstremalne sytuacje jak plaga zawsze są wzmacniaczem ludzkich zachowań, dzięki nim możemy zobaczyć niektóre rzeczy w dużo bardziej jaskrawym świetle. I niestety teraz jesteśmy świadkami tego korowodu odciętych od rzeczywistości księży i słuchających ich ludzi, którzy wierzą że wiara posiada magiczne moce chronienia ich przed niebezpieczeństwem. Tymczasem może się to skończyć bardzo źle. Jeżeli starsi ludzie będą się gromadzić w kościołach i ignorować zasady kwarantanny, to jakieś 2 - 3 tygodnie po Wielkanocy będziemy obserwować w Polsce rosnące czerwone słupki na wykresach śmiertelności. 

Czyli chcesz mi powiedzieć, że nie odmawiasz wieczornego pacierza, heretyku? I nie wierzysz, że Król Polski zbawi nas ode złego? Wiesz, gdybym wiedział to przed rozmową, to pewnie nie zdecydowałbym się na ten wywiad! I tym niepokojącym wnioskiem, zakończymy naszą rozmowę. Dziękuję za poświęcony czas i powodzenia życzę we wszystkich twórczych przedsięwzięciach!

Również dziękuję! Do następnego!



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza