piątek, 10 kwietnia 2020

Mityczne wzgórza*.


Współpraca rodzimej Fallen Temple z Finami z Vonülfsrëich trwa w najlepsze. We wrześniu 2019 roku częstochowska wytwórnia wypuściła epkę „Ylfsreälm Inguz” (pisałem o niej tu), marzec 2020 roku przynosi wznowienie pierwszego długograja fińskiego zespołu, „Hyperborëan Hills”. Materiał pochodzi z 2017 roku i do tej pory ukazał się jedynie na winylu, za sprawą Darker than Black Records. Wznowienie na srebrnym krążku cieszy, bo to naprawdę solidny krążek. I wreszcie widać coś na okładce!

Już pierwsze dźwięki wprawiają nóżkę w drżenie, oraz oznajmiają, co tu będzie grane. Z niewielkimi zmianami konwencja zostaje utrzymana do końca albumu. W skrócie i dużym uproszczeniu – klasyczne lata osiemdziesiąte spotykają raczkującą drugą falę black metalu. Celowo zaznaczam, iż klasyczne lata osiemdziesiąte, bo zaraz ktoś mi wytknie, że przecież właśnie wtedy raczkowała druga fala BM. Owszem, nie będzie to błąd. Tu po prostu spotyka się Hellhammer, Bathory, Celtic Frost z wczesnym Mayhem (skojarzenie bardzo silne) i Darkthrone z okresu „A Blaze…” (skojarzenie delikatniejsze). Momentami dorzucony zostaje stary, klasyczny thrash czy nawet heavy, ale to są tylko krótkie momenty, nie wpływające na całość, ale w tej danej chwili dające sporo radości. Mówiąc krótko – dostajemy trzydzieści sześć minut grania klasycznego, przywołującego najlepsze wzorce z dawnych lat. I słucha się tego naprawdę dobrze. Finowie biorą to co najlepsze a do tego starają się zróżnicować swoją muzykę tak, byśmy się nie nudzili. Dlatego spotkamy tu fajne zwolnienia, trochę ciekawych melodii, dobre riffy ale przede wszystkim ogrom energii i siły. Nie jest to materiał podobny do wspomnianej już epki „Ylfsreälm Inguz”, bo dużo mniej tu piwnicy, mroku, ciemności i mizantropii, ale dzięki temu wiem już, że panowie z Oulu sprawdzają się w różnych odsłonach. „Hyperborëan Hills” nie wnosi oczywiście nic nowego do gatunku, ale jest na tyle dobrze skrojonym krążkiem, że nie odgrzewa też kotletów. Solidne, interesujące granie z momentami bardzo dobrymi czy wręcz świetnymi. Gdyby wycisnąć z tego albumu to co najlepsze, jego esencję, jak z torebki herbaty, otrzymalibyśmy prawdziwy klasyk – gdyby oczywiście powstał w tamtych latach. Byłby krótki, ale lepszy krótki klasyk, niż długi przeciętniak. Chwyta mnie ten album za serce, bo to fajna sentymentalna podróż. Udało się tutaj zamknąć ducha przeszłości a to zawsze na mnie działa. Na temat zawartości lirycznej „Hyperborëan Hills” się nie wypowiem, bo jest po fińsku a niestety tego pięknego języka nie znam. 

Dobry, naprawdę dobry krążek. Cieszę się, że Fallen Temple wznowiła go, bo zasługuje na to, by po pierwsze zostać przypomnianym, po drugie, by znaleźć się na srebrnym krążku i trafić pod strzechy tych, którzy winyli nie kupują. Polecam, bawcie się dobrze. A na okładce coś widać, bo to bardzo ładny obraz Arnolda Böcklina – „Das Irrlicht” z 1882 roku. 

* - Hiperborea, występująca w tytule albumu, to taka kraina. Polecam sobie poczytać. 


Vonülfsrëich - „Hyperborëan Hills”. Fallen Temple, marzec 2020.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza