niedziela, 26 kwietnia 2020

Lilith wśród gwiazd.


Niewiele wiem o toruńskim Magu, wiem natomiast, że podczas pierwszego spotkania, zrobił na mnie spore wrażenie. Działo się to w listopadzie 2019 roku, w Toruniu, podczas drugiej edycji imprezy „De Revolutionibus Orbium Inferorum”. Mag otwierał to wydarzenie a ja miałem przyjemność obejrzeć cały koncert, gdyż zajmowałem taktyczne stanowisko na stoisku z merchem Misanthropic Rage. Przed samym koncertem był to jedyny stragan z pamiątkami i ludzie często dopytywali o tego, wtedy dla mnie tajemniczego, Maga. W pewnej chwili dostałem od samego zespołu pudełko z kasetami, by je sprzedać. Powiem tak – rozeszły się szybciej niż szynka w 1988 roku, rzucona do osiedlowego spożywczaka. To dało mi do myślenia. A potem panowie wyszli na scenę i zrozumiałem.

Zrozumiałem, że zainteresowanie kasetami i jakimkolwiek merchem tego zespołu (pytań było naprawdę dużo), nie wynika tylko i wyłącznie z faktu bycia zespołem miejscowym, lokalnym, na którego koncert zeszli się wszyscy możliwi znajomi muzyków. Jasne, to też swoje zrobiło, nie oszukujmy się, ale Mag zawdzięcza to przede wszystkim swojej muzyce. Nie reaguję ekstatycznie na hasło „doom metal”, siedziałem więc spokojnie, nie oczekując cudów. Bardzo szybko jednak zacząłem baczniej spoglądać w stronę sceny i uważnie łapać dźwięki. Począwszy od scenicznego wizerunku, poprzez kontakt z publicznością, na muzyce kończąc, wszystko przykuwało uwagę. Szybko więc zrozumiałem popyt na kasety, szybko przestałem sobie wmawiać, że to wszystko zasługa bycia toruńskim zespołem. Okazało się, że obok Misanthropic Rage, był to najlepszy dla mnie występ tamtego wieczoru. Mag został w mojej głowie, kiedy więc zobaczyłem, że ukazał się ich pełnowymiarowy debiut, serce zabiło szybciej. Toruński łącznik, w postaci Roberta z Angrrsth, szybko ogarnął temat i po dwóch dniach – dzięki błyskawicznej reakcji wydawcy – płyta była u mnie. Dziękuję panowie raz jeszcze. I nie jest to jakaś pusta kurtuazja, bo te płytę naprawdę warto mieć. Dlaczego? Już tłumaczę, podkreślić jeno muszę, iż naprawdę nie jestem znawcą gatunku, dlatego nie znajdziecie tu porównań i odniesień, wyłącznie moje spostrzeżenia i odczucia. Moje podejście do doom metalu jest proste – albo zaiskrzy przy pierwszym spotkaniu, albo nie – wtedy się rozstajemy. A czynnikiem, który w największej mierze decyduje o tym, czy zaiskrzy, jest wokal. I tutaj Mag siadł mi bardzo dobrze, wrota zostały otwarte, wszedłem. Niedopowiedzeniem byłoby jednak stwierdzenie, że w przypadku torunian zadecydował tylko głos. Szczególnie, że album rozpoczyna się głosem nie do końca miarodajnym dla reszty krążka. W ogóle samo otwarcie, pierwsza część utworu „Kambion”, może być zaskoczeniem. Jest bardzo ciężko, mocno i brutalnie. Wielbicieli klasycznie doom metalowych dźwięków, może ten fragment zaskoczyć. Mnie przypadł do gustu, ale – co zabawne – dopiero gdy wszedł czysty wokal, zrobiło się naprawdę fajnie! Ciężar, z którym spotykamy się na wejściu, pozostaje już do końca albumu. Jest to też jeden z elementów, który powoduje, iż „Mag” tak mi się podoba. To nie jest album pełen łez, smutku i wielkiej zadumy. To nie jest krążek, który będzie u Was powodował wielkie wzruszenia w romantycznym kontekście. To jest krążek pełen mistycznej mocy, tajemnicy, zabobonu i magii. Ludowego diabelstwa, strachu i potępienia. Ciemnej nocy i czarownic. Zespół bardzo dobrze potrafi to oddać to wszystko muzycznie, że już nie wspomnę o tekstach, które są doskonałe. Napisane z polotem, wyczuciem i pasją, barwnym językiem. Kompletnie nieszablonowe. I to jest moment, w którym mogę pokusić się o jedno odniesienie – delikatne skojarzenia z Romanem, tyle, że tu panuje większy porządek. Słowa wspaniale komponują się z muzyką, po pierwsze, dzięki bardzo dobremu wokaliście, po drugie, dzięki bardzo ciekawie skomponowanym i zaaranżowanym utworom. Dużo się dzieje, choć spektrum użytych środków wcale nie jest szerokie. Dominują tempa średnie, ale są momenty, kiedy chłopaki wrzucają wyższy bieg, dorzucają ciężaru i również bronią się wyśmienicie. A to co potrafią zrobić w kwestii melodii przeplatanej ze zwykłym riffem, pozostaje na długo w głowie. Dość powiedzieć, że sobie nucę. Brzmienie debiutu torunian również zasługuje na wyrazy uznania. Jest gęsto (piękny bas!), jest ciężko, jest potężnie, ale zarazem klarownie, słyszymy wszystko, co powinniśmy słyszeć. Jednym słowem, nie ma tu nic co w jakimś stopniu mógłbym skrytykować. Świetny album, naprawdę świetny. Wiedziałem już wtedy, podczas koncertu, że jest to zespół warty uwagi i że mogą namieszać, ale nie spodziewałem się, że wypuszczą aż tak dobry krążek. We wkładce możemy przeczytać, że „magia to potęga”. Zgadzam się. A ponieważ ten krążek pełen jest magii i uroku, czaru i gęsiej skórki, to naprawdę jest potęgą. Dla mnie to będzie – już jest – czołówka krajowa tego roku i prawdopodobnie najciekawszy debiut. Raz jeszcze podkreślam – jestem fanatykiem black metalu, więc wiecie – coś musi być na rzeczy. 

Pozostaje czekać na kolejne wydawnictwa, ale jeszcze bardziej na koncerty. Mam nadzieję, że jak zaraza już sobie pójdzie, to przyjdzie Mag. Pojadę choćby do Torunia. Poszukamy tej Lilith razem. 


Mag - „Mag”. Piranha Music, kwiecień 2020.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza