wtorek, 28 kwietnia 2020

Hrabia Drakula, nie Wład Palownik.


Milczenie Satanic Warmaster boli, ale na szczęście nie oznacza ono bierności samego Grafa Werwolfa. Marnotrawstwo takiego talentu byłoby grzechem a jak dobrze wiemy, grzech to zło. Fin stoi po stronie dobra i dlatego postanowił dać nam kolejny krążek projektu The True Werwolf. „Devil Crisis” mógłby wyjść pod szyldem Satanic Warmaster, bo jeśli pamiętacie „Fimbulwinter” z 2014 roku (jak ja kocham ten krążek, to jedno z najlepszych dzieł black metalu po 2000 roku) – a tym bardziej jeśli go lubicie – to jest to materiał dla Was. Mógłby być w dużym stopniu kontynuacją tamtego wspaniałego albumu, są jednak uzasadnione przesłanki ku temu, by na okładce widniało inne logo (będąc precyzyjnym, muszę zaznaczyć, że na okładce nie widnieje żadne logo; inna sprawa, że są dwie wersje okładki).

Przesłanki te są jednak mocniejsze w sferze lirycznej albumu, jego atmosferze i klimacie, który tworzy i w który nas wtrąca. Satanic Warmaster to mroźna, ciemna północ. The True Werwolf to zamki, czarownice, wikołaki i wampiry. Mistycyzm i legenda. Czasem nawet wycieczki w inne światy, inne galaktyki. To romantyczna podróż w ciemność, momentami – czy wręcz często - bajkową, ale ciągle przerażającą, budzącą grozę i strach. To bardziej osiemnastowieczny Drakula, w długim płaszczu i cylindrze, niż piętnastowieczny Vlad Tepes, z lubością mordujący przeciwników. Swoją drogą, najsłynniejszy wampir w dziejach, pojawia się na „Devil Crisis”. I doskonale tu pasuje, bo to album bardzo klimatyczny i pełen wyrafinowanego uroku, choć daleko mu do przesłodzonych produkcji sceny oficjalnej czy jakichś gotyckich tragedii, silących się na bycie złymi. To nadal klasyczny black metal, prosty w swej formie, choć wspaniale doprawiony i bardzo przyzwoicie nagrany. Chwytliwy, ale nie na tyle, by zawojować listy przebojów (na szczęście!), jednak w stopniu wystarczającym, by doskonale spędzać z nim czas. Ma wszystko co potrzebne, by odtwarzać go kilka razy pod rząd – i gwarantuję – nie znudzi się. Każdy utwór to inna opowieść, tak lirycznie jak i muzycznie. Każdy ma swoje wspaniałe momenty i nie ma tu słabej kompozycji. Począwszy od gitar, poprzez wokale a na klawiszach skończywszy – perfekcja. Te ostatnie budują wspaniałe tło, momentami wychodząc na pierwszy plan. Jest to jednak krążek bardzo gitarowy, co dobrze pokazuje możliwości twórców a właściwie twórcy, bo choć pod krążkiem podpisanych jest dwóch panów, to ten drugi odpowiada tylko za perkusję. „Devil Crisis” to doskonały dowód na to, że Graf Werwolf nie stracił nic ze swych zdolności kompozytorskich i aranżacyjnych, że wciąż ma masę ciekawych pomysłów i sporo wyobraźni. Odbieram ten krążek oczywiście całościowo, ale za każdym razem mam w głowie gotowy podział, który w moich uszach i oczach wyobraźni jest dość wyraźny. Na to, co tu stricte metalowe i na wszystko to, czym został ten szkielet doprawiony. Jestem pewien, że gdyby pozostawić tę gołą, gitarową wersję, nadal byłby to album bardzo dobry. Ale dzięki wszystkim zastosowanym ozdobnikom, temu czarnemu długiemu płaszczowi, narzuconemu na gołe ciało, jest to krążek doskonały. Efekt końcowy powala mnie za każdym razem a słucham „Devil Crisis” już od dawna. I tak sobie myślę, że choć brakuje mi nowych rzeczy od Satanic Warmaster, to jeśli The True Werwolf miałby przejąć pałeczkę i stać się teraz podstawowym wcieleniem utalentowanego Fina, to nie będę narzekał. Bo w tej chwili, jedyne czego chcę, to odpalić po raz kolejny „Magick Fire”, „The Witch of My Heart” czy „Chi No Namida”. Nie ma sensu tak naprawdę wymieniać jakichś ulubionych kompozycji, czy też nazywać ich hitami. Cały album jest hitem. Tak więc niech nie zwiedzie Was tytuł tego krążka. Żadnego kryzysu tu nie ma. Diabeł ma się doskonale! 


The True Werwolf - „Devil Crisis”. Werewolf Records, luty 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza