poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Druga śmierć.


Zaskakująco często przychodzi mi pisać o warszawskim Incinerator. Zaskakująco, bo jednak najczęściej pochylam się nad black metalem, ale kiedy dostaję ich materiał do recenzji, nie unikam, bo lubię ten obskurny death metal, który tworzą. Przeczytałem gdzieś niedawno, że podobno się rozpadli, ale skoro leży przede mną świeże wydawnictwo z ich logiem, warto o nim napisać. Poza tym, liczę, że to tylko plotka. Chłopaki często angażują się w splity i nie inaczej jest tym razem. „The Second Death” to materiał dzielony z argentyńskim Pure Massacre i nie powinien on zawieść żadnego fanatyka death metalu starej szkoły.

Warto pisać o Incinerator, ciężko tylko napisać coś nowego. Jak dotąd trzykrotnie miałem przyjemność recenzowania ich wydawnictw (znajdziecie je tutaj) i w każdym z tych tekstów znaleźć możecie sporo na temat klasycznego, brudnego, granego bez żadnych kompromisów death metalu. Death metalu hołdującego starej, amerykańskiej szkole, zatopionego w piwnicznym sosie i atmosferze. I nie inaczej jest tym razem. Incinerator się nie zmienia. Prawdę mówiąc, gdyby tak pozbierać numery z ich splitów i zrobić z tego pełniaka, wyszedłby spójny krążek. Żaden to zarzut oczywiście, ja się bardzo cieszę, że chłopaki trwają w swojej stylistyce, bo naprawdę dobrze im to wychodzi. Tym razem nie dostajemy dużo autorskiego materiału, raptem dwie kompozycje. Trzeci, dopełniający ich wkład w to wydawnictwo numer, to cover Slaughter. Zagrany jest tak, że nie odbiega zupełnie od twórczości stołecznego zespołu i cieszę się, iż zostało zaznaczone, że to numer kogoś innego. Dziesięć minut szybkiego, obskurnego i niszczącego nerki death metalu i przenosimy się do Ameryki Południowej. Kolejne trzy kompozycje to dzieło człowieka znanego z Vomit of Doom czy Abominablood. Pan Cortez, pod szyldem Pure Massacre, proponuje nam dwanaście minut łamania kości i gniecenia czaszki za pomocą ciężkiego, gęstego i zagruzowanego death metalu. Nie toczy się jednak jak walec, pędzi raczej jak potężna lawina lawy, sypiąc wokół gorącymi skałami. I niby wszystko jest fajnie, wedle prawideł, tylko to cholerne brzmienie psuje efekt końcowy. Szczególnie w ostatnim numerze, który brzmi, jakby nagrywany był w innym od pozostałych czasie. W takiej muzyce dobrze mieć potężną perkusję, tu niestety jest schowana. Za mało też w tym wszystkim mocy, choć dzięki temu uzyskany został efekt totalnego ciężaru i gęstości. Ja jednak wolałbym, by było to wszystko trochę bardziej wyraźne a przy okazji jeszcze bardziej piwniczne. Ale, nie zmienia to w żadnym stopniu faktu, że te trzy numery poziom trzymają i daleko od jakiegokolwiek wstydu. 

Kolejny split Incinerator, kolejny na którym to właśnie oni są dla mnie tą lepszą częścią. Wiem, to nie zawody, potwierdza to jednak tylko to, jak dobry to zespół. Mam więc szczerą nadzieję, że będą grali nadal i przyjdzie mi jeszcze pisać o ich kolejnych wydawnictwach. A „The Second Death” polecam z czystym sumieniem wszystkim maniakom dobrego, brzydkiego i bezkompromisowego death metalu. 

Incinerator / Pure Massacre - „The Second Death”. Putrid Cult, luty 2020.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza