wtorek, 21 kwietnia 2020

Braterstwo.


Informacje o nadchodzącym splicie Whoredom Rife z Taake, wzbudziły sporo emocji. Nic dziwnego, dwie uznane, norweskie nazwy na jednym krążku muszą wzniecić zainteresowanie. Z wypowiedzi lidera Whoredom Rife, dowiedzieliśmy się, że wydawnictwo to powstało, by przypieczętować znajomość obu zespołów, wieloletnią przyjaźń i wzajemny szacunek. I chyba tylko ten powód broni dostatecznie splitu „Pakt”, bo po jego wysłuchaniu, ciężko znaleźć inną, sensowną przyczynę wydania tych dwudziestu czterech minut muzyki (tak, wiem, finansowy na pewno, wiadomo, że się wyprzeda – jednak na tyle jestem wciąż naiwny, że tego aspektu nie biorę pod uwagę).

Muszę trochę ponarzekać, bo oczekiwania miałem spore, niestety jestem lekko zawiedziony. Nie kwestionuję w żaden sposób prawa muzyków do wypuszczenia takiego splitu, ale jeśli chcieli w ten sposób uczcić swoją przyjaźń, mogli zrobić to w bardziej okazały sposób. Odnosi się to głównie do Taake, bo Whoredom Rife zrobił swoje – w ich przypadku jedyny żal to ilość utworów. Bardzo lubię i szanuję duet z Trondheim i od pełnowymiarowego debiutu bacznie śledzę ich poczynania. We wspaniały sposób potrafią przywrócić do życia dawnego, norweskiego ducha, znanego z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, brzmiąc przy tym świeżo, po swojemu i oryginalnie. Nie inaczej jest na „Pakt”. Zaprezentowali dwie kompozycje, dające trzynaście minut tego, co w ich wykonaniu najlepsze. Obie mogłyby znaleźć się na ostatnim długograju zespołu, wydanym w listopadzie 2018 roku „Nid – Hymner av Hat” (o nim tutaj). Minęło od niego trochę czasu, ale zespół ma już na tyle wyrobiony własny styl, że poznajemy go momentalnie. Piękna to sprawa, bo dodając do tego zdolności kompozytorskie i aranżacyjne norweskiego duetu, ich serce do tej muzyki, otrzymujemy black metal najwyższych lotów. Pierwsza z kompozycji zawartych na „Pakt”, to porywający, podniosły (nic nowego) utwór, pełen emocji i północnego klimatu. Drugi nie jest już tak oczywisty, bo to kompozycja utrzymana w tempach wolnych i średnich. Nie została jednak w żadnym stopniu pozbawiona ducha czy klimatu. Trochę przychodzi na myśl stary, dobry Hades, ale oczywiście z zachowaniem zdrowego rozsądku, bo choćby brzmienie nie to. I na tym kończy się ta naprawdę udana część splitu, szkoda, że jest taka krótka. To jednak była sama przyjemność, bo Whoredom Rife potraktowali sprawę poważnie. Nie jestem pewien, czy to samo można powiedzieć o Taake. Również dwie kompozycje, z czego druga to cover. Cóż… no nie wiem, po prostu szkoda. Mogę jeszcze znaleźć plusy w pierwszym numerze, choć jest to kompozycja pozbawiona - w moim odczuciu - energii, mocy i serca. Jest w niej jednak błysk geniuszu, bo gitara akustyczna wchodząca w końcówce zmienia ten utwór nie do poznania. Ale to trochę mało. Szczególnie gdy chwilę potem musimy słuchać kompletnie nieudanego coveru „Heartland”, The Sisters Of Mercy. Wiadomo, cover to sprawa bardzo względna, nie chodzi przecież o to, by zagrać dźwięk w dźwięk, czy skopiować brzmienie. Fajnie jednak, gdy interpretacja ma coś w sobie, potrafi zainteresować, jakoś ciekawie odnieść się do oryginału. W tym przypadku kompletnie tego nie dostrzegam, nie czuję, ziewam i chcę zapomnieć jak najszybciej (wiem, że oryginał nie jest niesamowicie rozbudowanym numerem, ale jednak potrafi oczarować). Zamykając część Taake - niecałe dwie minuty absolutnie wspaniałego grania, to stanowczo za mało jak na taki split. Szkoda. 

Dla fanów Whoredom Rife, obowiązkowo. Dla fanów black metalu – Whoredom Rife obowiązkowo. Dla fanów Taake – Whoredom Rife obowiązkowo. 


Whoredom Rife / Taake – „Pakt”. Terratur Possessions, marzec 2020.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza