piątek, 20 marca 2020

Czyste południowe zło.


Kiedy w moje ręce wpada materiał z Ameryki Południowej, automatycznie spodziewam się totalnego szaleństwa, brudu, piekła, siarki, diabła w stężeniu większym niż alkohol w spirytusie i bluźnierstwa rozmiaru XXL. Tamtejsze hordy słyną z bezkompromisowości i całkowitego oddania pierwotnym ideom ekstremalnego metalu. Gdy więc dotarła do mnie nowa płyta peruwiańskiego Putrid, nie spodziewałem się romantycznych ballad mogących umilić randkę. I choć takowych oczywiście nie dostałem, to jednak „Antichrist Above” trochę mnie zaskoczył.

Przede wszystkim produkcją, bo jak na tamtejsze standardy, jest dość łagodna. Zaznaczam, jak na tamtejsze standardy. Nie myślcie, że to jakiś ugłaskany, plastikowy album, od którego wieje lukrem. W żadnym wypadku. Spełnia on wszystkie normy tego odległego kontynentu, z tą jedną różnicą, że całkiem nieźle słychać tu wszystkie instrumenty. Co postrzegam jako plus, bo jednak w muzyce cenię sobie muzykę oraz możliwość usłyszenia tego, co panowie wykombinowali w swojej piwnicy. Tak, właśnie tam, bo „Antichrist Above” to nadal wspaniale podziemny materiał, pełen potężnego i soczystego brzmienia, przy którym setki innych brzmią jak kołysanki. Jest po prostu trochę czystszy, co szczególnie dziś, w czasach zarazy, jest godne uszanowania. Brzmienie brzmieniem, warto jednak zwrócić uwagę na to, co tu się wyprawia w obszarze samych dźwięków. Putrid to nie nowicjusze, swoje już w metalu musieli usłyszeć i to też słychać na tym krążku. Inspiracji musiało być wiele. Od brutalnego thrashu pionierów z Sarcofago, Sepultury czy Sodom, przez wczesne death metalowe perły ze Stanów, po dzisiejszych tuzów black/thrashowego rock’n’rolla. A wszystko to wrzucone w południowoamerykański chaos, szaleństwo i bezkompromisową zagładę. Tej ostatniej tu najwięcej, ale bywają momenty czystych, klasycznie death metalowych riffów, wyskakują nagle piękne wariacje z użyciem popularnego niegdyś wibratora, czy pokręcone jak makaron solówki. „Antichrist Above” to po prostu trzydzieści cztery minuty ostrej jazdy, sto procent metalu w metalu, skondensowana dawka wszystkich najlepszych składników ekstremalnego grania. Wszystkich, bo nie jest tak, że Peruwiańczycy jedynie gnają do przodu. Umieją pięknie zwolnić i choć nie zdarza im się to często, pokazują w tych chwilach swoje zdolności. Pod względem aranżacyjnym i kompozytorskim, nie jest to na pewno pierwszy lepszy album z tamtych rejonów. Tu słychać jakąś myśl, jakiś pomysł a przede wszystkim talent. I tak, mogłem pisać wcześniej o chaosie, tak charakterystycznym dla bluźnierczej nawałnicy pochodzącej z Ameryki Południowej, tu jednak ten chaos jest kontrolowany. Nie odejmuje to drugiemu krążkowi Putrid naturalności i autentyczności. I to jest najważniejsze, bo kalkulacje to można sobie robić na matematyce, muzyka ma płynąć z serca. Tekstowo też nie ma tu żadnych wyrachowanych ruchów, obliczeń i poprawności. Pełna swoboda i naturalność w wyrażaniu poglądów, które jak nie trudno się domyślić, nie byłyby ulubioną opinią papieża. 

Kolejny dobry materiał zza oceanu, kolejny godnie reprezentujący ideały swego kontynentu. Nic to odkrywczego, nic nowatorskiego, nic z hummusem i bez podwiniętych nad kostkę spodni, ale przecież o to właśnie chodzi. Ma być piekło, diabeł, chaos i bezkompromisowe bluźnierstwo, bo to materiał z Ameryki Południowej. I jest. Czego chcieć więcej? 


Putrid – „Antichrist Above”. Godz Ov War Productions, marzec 2020.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz