poniedziałek, 30 marca 2020

Anno Domini 1675.


Krupina to niewielkie miasto w południowo-centralnej Słowacji, posiadające bogatą historię, która sięga dwunastego wieku a może nawet epoki brązu. Jest jednym z najstarszych miast na tego kraju, prawa miejskie otrzymała już w 1238 roku. Otoczona wzgórzami, z dalszej perspektywy, wygląda przyjaźnie i gościnnie. Nie dla wszystkich jednak taka była, szczególnie w wieku siedemnastym. W Europie płonęły wówczas stosy, które nie ominęły starej Krupiny. W mieście doszło do procesów o czary i spaleń domniemanych wiedźm. Tę historię, za pośrednictwem swego najnowszego albumu, opowiada nam niestrudzony piewca słowackich dziejów i folkloru, uroczy bajarz, Malokarpatan. Ognie w Krupinie znowu zapłonęły.

Opowiada nam tę historię Malokarpatan w swoim stylu, dorzucając do płonących stosów siarki i podlewając je smołą. Jak zwykle, nie mamy wątpliwości, że w tym wszystkim macza swe paluchy włochaty diabeł, ukryty za drzewem, bądź studnią. To on rzucił pierwsze oskarżenie, to on zasiał zamęt w głowach mieszkańców i to on rozniecił pierwszą iskrę. To on także napisał teksty i skomponował muzykę na „Krupinské ohne”. Robił to już dla Malokarpatan wcześniej, nigdy jednak tak sugestywnie i kompletnie. Diabeł kocha Słowację a Malokarpatan nie zamierza o tym zapominać. Poprzednie krążki Słowaków również były opowieściami, nie tak jednak zamkniętymi jak ta. W przenośni i dosłownie. Niewielkie miasto, atmosfera podejrzeń, oskarżenia, czary, wiedźmy, stosy i płomienie. Wszystko to staje się nam bliższe, gdy tylko otworzymy książeczkę płyty. Teksty jak zwykle w języku słowackim, są też jednak tłumaczenia na angielski. Warto się w tę historię zagłębić, bo kunszt liryczny to już znak firmowy zespołu z Bratysławy. Nie byłoby łatwo wymienić kogoś, kto przykłada się do tej warstwy mocniej. Do Krupiny wjeżdżamy w towarzystwie zachodzącego słońca późnego października i bardzo szybko zaczynają dziać się rzeczy, które dla okolicznego ludu, zakorzenionego w starych tradycjach, nie są niczym nowym, przypadkowego wędrowca mogą jednak przerazić. Tę muzyczną i liryczną podróż w czasie odbywamy w towarzystwie wiedźm, pod czujnym okiem tego, który spaceruje w cieniu natury. Słowa wspominają wiek siedemnasty, dźwięki lata osiemdziesiąte i wczesne dziewięćdziesiąte. Mniej tu heavy metalu, którego doświadczyliśmy na „Nordkarpatenland” (o nim tutaj), ale klasyki nie brakuje. Dość powiedzieć, że do samej Krupiny docieramy nie tylko w towarzystwie zachodzącego słońca ale i wskrzeszonego Bathory z ery „Hammerheart” i „Twilight of the Gods”. To najsilniejsze skojarzenie na tym krążku, jednak nie trwa długo i więcej już nie wraca. To także jedyny muzyczny odnośnik zahaczający o lata dziewięćdziesiąte, bo reszta albumu to dekada wcześniejsza. W dziki taniec z dopiero co poznanymi wiedźmami, wyruszamy już jednak przy akompaniamencie starego, klasycznego black/speed/thrashu, którego na tym krążku sporo. Co ciekawe, da się zauważyć sporą inspirację choćby naszym rodzimym Katem, czy węgierskim Tormentorem. Jest to bez wątpienia album oddający hołd pionierskim zespołom zza żelaznej kurtyny. Nim dotrzemy do finalnych ogni, o których opowiada ostatni utwór, będziemy zbierali zioła, tańczyli, odprawiali czary, uczestniczyli w sabacie i zebraniu wiedźm, na którym swemu panu zdadzą raport ze swych szkodliwych działań. Biedne okoliczne dzieci i matki! Biedne winnice i pola! To nie był dla nich dobry rok, bo czarownice nie próżnowały. Wszystko to zobaczymy, słuchając muzyki bogatej, zróżnicowanej i ciekawej. Krążek aranżacyjnie jest majstersztykiem. Bogactwo środków użytych do nagrania tej opowieści, zapewnia wspaniałą rozrywkę. Kotły, gitary akustyczne, klawisze, mięsiste riffy, szalone melodie, świetne wokale (to co dzieje się w finalnym numerze, to jest coś niesamowitego!)… I wszystko siedzi w latach osiemdziesiątych, głębokich, ale brzmiących świeżo. Nie ma tu chwili przestoju, nudy czy momentu nie zwracającego uwagi. Pięćdziesiąt minut pasjonującej historii, lirycznej i muzycznej. Oczywiście z obowiązkowym pierwiastkiem ludowej rubaszności, tajemnicy i zabobonu, inaczej nie byłby to Malokarpatan. Wszystko – muzyka, teksty, historia i opowieść, atmosfera i klimat, są przesiąknięte folklorem, ziemią i starym, ciemnym lasem. Nawet te lochy piwniczne, w których uwięzione wiedźmy czekają na stos, pachną pleśnią i zatęchłym mchem. Torturowane, przyznały się do wszystkiego. Cztery stosy zapłonęły tego roku w Krupinie i cztery kobiety spłonęły. Ich wierzenia jednak przetrwały, czego dowodzi choćby ten album. Tak kończy się ta magiczna opowieść. A wszystko to działo się w 1675 roku, za panowania Leopolda I Habsburga, Świętego Cesarza Rzymskiego. 

Całości dopełnia piękna oprawa graficzna, na czele z okładką. W środku książeczki znajdziemy więcej grafik, w tym taką, która naprawdę doskonale wprowadza w klimat i trochę żałuję, że to nie ona zdobi front albumu. Ale nie pora narzekać, bo tak naprawdę nie ma na co. „Krupinské ohne” jako album koncepcyjny to doskonałe dzieło. Wszystko tu ze sobą współgra, uzupełnia się, mówi jednym głosem. Jest magia, jest urok i czar, jest chwytliwość. Odbiera się ten album wszystkimi zmysłami i rada, którą daje nam na początku zespół, by usiąść wygodnie, wziąć do ręki teksty (i szklaneczkę ulubionego trunku) i uruchomić wyobraźnię, jest jak najbardziej na miejscu. Cztery krupińskie czarownice, byłyby dumne z takiego upamiętnienia ich historii. 

Najlepszy jak dotąd album Słowaków. Brawo. 


Malokarpatan – „Krupinské ohne”. Invictus Productions, marzec 2020.







2 komentarze:

  1. Świetny tekst. Obrazowy, plastyczny, bardzo dobrze się czytało. Nie pamiętam kiedy ostatnio jakaś recenzja zrobiła na mnie takie wrażenie, przy czym nawet nie jestem fanem Malokarpatan. Brawo!

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń