środa, 5 lutego 2020

Zatrzymani w czasie.


Kuba była kiedyś rajem. Warunki klimatyczne i pogodowe czyniły z niej idealny cel wakacyjnych podróży. Bliskość gospodarczego giganta w postaci Stanów Zjednoczonych, zapewniała nieprzerwany dopływ turystów. Rozwijało się hotelarstwo, usługi, handel i wszystko co związane z rozrywką. Potem kilku smutnych panów postanowiło wcielić w życie wspaniałe idee socjalizmu i uszczęśliwić tubylców dobrodziejstwem tej wielkiej myśli gospodarczej. Kuba przestała być rajem, zatrzymała się w czasie. I choć taki obrót spraw nie wprawił jej mieszkańców w szampański nastrój, to takowy proces nie zawsze musi być negatywny.

Ostatnie słowa odnoszą się tylko i wyłącznie do muzyki, konkretnie do jednego albumu. Debiut Infector jest jak ten stary Cadillac, rdzewiejący w jednej z zapuszczonych uliczek Hawany. Stary, zużyty do granic możliwości, ale wciąż z klasą. Będący żywym dowodem dawnej świetności. Pomimo swego wieku, nadal na chodzie. Z mocą większą od wielu młodszych konkurentów, na siłę szukających technicznych nowinek. Pokazujący, że prostota i serce wciąż mają coś do powiedzenia i potrafią ująć. A jak już odpali silnik, to przyjemnie posłuchać. Tak jak „Let the Infection Begin”. Album żywcem wyjęty z wczesnych lat osiemdziesiątych, ze wszystkimi tego konsekwencjami – tak pozytywnymi jak i negatywnymi – ale przede wszystkim z tą urzekającą energią i pasją. Pierwsze, ikoniczne dziś, thrashowe dzieła tworzyli ludzie bardzo młodzi i nie inaczej jest w przypadku kubańskiego Infector. Wiązało się to z pewną naiwnością, czasami brakiem spójności artystycznej i jasnego celu, bo były to czasy poszukiwań. I tu też trójka młodych zapaleńców z kraju wiecznej socjalistycznej szczęśliwości, wpisuje się w tradycję. Wystarczy podpiąć okładkę pod muzykę. Obraz zdobiący ich debiut kojarzy się raczej z wesołym thrashem w stylu wczesnego Tankard (koncept, bo wykonanie to niższa liga), jednak dźwięki to już ten thrash brudny, diabelski, jak pierwsze albumy Kreator, Slayer czy Sodom. Pierwsza Metallica. Z czasów późniejszych, pierwsze krążki Sepultury. No więc tak, Infector zatrzymał się w czasie, ale co z tego, skoro brzmi bardzo dobrze i jest to thrash jakiego chce się słuchać (bo to dzisiejsze, oficjalne oblicze gatunku jest tragiczne). Chłopaki wiedzą jak trzymać instrumenty, numery są ciekawe, pełne energii, zagrane z werwą, polotem i sercem. Nie ma tu oczywiście kompletnie niczego odkrywczego, nawet przez sekundę. I bardzo dobrze, bo po cholerę? Stary Cadillac ma dobry, mocny silnik, zastępowanie go elektrycznym byłoby głupotą. Muzyka Infector niesie w sobie, pomimo powielania wszystkich możliwych schematów, jakąś ożywczą moc. Potrafił w końcu ten krążek przyciągnąć mnie na dłużej a przecież lata, gdy zasłuchiwałem się w takich rzeczach, minęły bardzo dawno temu. Nie będę wracał do nich codziennie, ale jeśli w mojej pustej głowie dojdzie do stworzenia myśli „posłuchałbym fajnego thrashu”, to w czołówce kandydatów pojawi się Infector. Bo doceniam chłopaków, poza tym, wywołują u mnie nostalgiczne stany a czasami lubię w takich pobyć. Jakby mało było w tym muzycznej zasługi, dostajemy także powód do radości w tekstach. Wspominałem wcześniej o pewnej naiwności. Nie było w tym negatywnej oceny, wręcz przeciwnie, mnie teksty typu „Poser Holocaust” (nie wszyscy mogą do pogo!) czy „Thrashard” autentycznie bawią, w tym dobrym znaczeniu. Żeby nie było, jest i o sprawach poważniejszych, czego dowodem „Chernobil”. 

Mieszkańcom Kuby życzę jak najszybszej wymiany starych gruchotów na nowe, porządne auta oraz powrotu normalności we wszystkich sferach życia. Ale ten jeden zardzewiały Cadillac, niech taki pozostanie. I niech jak najdłużej bawi nas swoim dźwiękiem! Oczywiście poza pozerami, dla nich tylko holocaust! 

Infector - „Let the Infection Begin”. Defense Records, grudzień 2019.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza