niedziela, 2 lutego 2020

Zaćmienie nad Grecją.


Grecki Empire Of The Moon na polu wydawniczym nie należy do przodowników pracy. Trudno wypinać pierś do orderów, gdy wydaje się trzy materiały w ciągu dwudziestu trzech lat. Ale kiedy już coś wydają, można oczekiwać wysokiej jakości. Oraz konsekwencji, w każdym razie w kwestii pełnych albumów (demo to inna epoka, po nim było siedemnaście lat przerwy). Jak przystało na zespół nazywający się Imperium Księżyca, panowie raczą nas jego fazami, bądź po prostu zjawiskami z nim związanymi. Sześć lat temu dostaliśmy pełnię, dziś możemy wsłuchiwać się w „Έκλειψις”, czyli zaćmienie.

Bardzo cieszą mnie takie płyty. Nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo. Nawet jeśli nie staną się moimi faworytami w danym roku, nawet jeśli nie będę do nich wracał każdego dnia, to po prostu cieszę się z ich powstania jak dziecko. Bo pokazują, że Grecja nadal potrafi, że nie straciła jaj, że nie można na nią patrzeć przez pryzmat plastikowego i żenującego Rotting Christ (ten upadek bardzo boli), jak chcieliby niektórzy. Cieszę się jak dziecko, bo byłem w zasadzie dzieciakiem, gdy poznawałem klasyczne dziś albumy greckiej szkoły black metalu i kocham je do dziś. Oczywiście, nie tylko Empire Of The Moon udowadnia, że czarna Hellada nadal żyje. Nie mam zamiaru odbierać, tej wielce dla gatunku zasłużonej ziemi, tego co jej należne. Ale powiedzmy sobie szczerze – był moment, kiedy nie najlepiej to wyglądało. Na szczęście nie wszyscy złożyli broń. Niektórzy robią to wręcz dużo bardziej dosłownie, bo Empire Of The Moon nie jest zespołem w stu procentach osadzonym we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Owszem, bardzo silnie czerpie z tamtego okresu, tam są jego korzenie i są to korzenie mocne. Silnie również do niego nawiązuje, bo zbrodnią byłoby twierdzenie, że zespół ten jest kopistą. Ale, co poniekąd wyróżnia go spośród kontynuatorów najlepszych greckich tradycji, sporo daje od siebie. Rzeczy nie tak oczywistych dla tradycyjnie greckiego black metalu. Przejawia się to głównie w budowie utworów, trochę innej motoryce, większym nagromadzeniu energii kosztem podniosłości. Można powiedzieć, że to materiał dużo bardziej żywy i soczysty. Jednak – żeby uniknąć nieporozumień – nadal bardzo mocno tkwiący w najlepszych wzorcach tamtejszej sceny. Dostajemy podniosłe klawisze, marszowe rytmy, kotły i uduchowione wokale, charakterystyczne melodie oraz całą masę greckiego mistycyzmu, którym zawsze cechowały się materiały z Półwyspu Apenińskiego. Żadnego klasycznego składnika tu nie brakuje, jest po prostu trochę ponad standardową mieszankę. Efekt końcowy jest doskonały. „Έκλειψις” to album spójny, utrzymany w jednym stylu i mający charakter raczej agresywny, co w dużej mierze decyduje o jego świetnej słuchalności. Trwa prawie czterdzieści minut – można by pomyśleć, że po takiej przerwie panowie przywalą nam co najmniej godzinnym dziełem, ale myślę, iż dobrze, że tak się nie stało. Dostaliśmy krążek równy, ciekawy, potężny i ograniczony do tego, co naprawdę warte uwagi. Nie znajduję tu rzeczy zbędnych, nie znajduję nużących. Bardzo, ale to bardzo udany krążek. Grecja żyje, jej black metal również. Empire Of The Moon jest tego żywym dowodem. Teraz pozostaje zrobić tylko jedno – umiejętnie rozkładać czas spędzony z tym albumem, by za szybko się nie przejadł. Prawdopodobnie musi starczyć na kilka lat! 

Per Aspera Ad Lunae! 


Empire Of The Moon - „Έκλειψις”. Iron Bonehead, styczeń 2020. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz