poniedziałek, 3 lutego 2020

Nawiązania, odniesienia i chaos.


Nie ukrywam, że moje oczekiwania związane z Wilczycą, były spore. Liczyłem na coś… w zasadzie sam nie wiem na co liczyłem, trudno to określić, bo po prostu w jakimś stopniu liczyłem na wszystko. Że będzie to coś trochę nowatorskiego a trochę nie, że wniesie do polskiej piwnicy ożywczy chłód a z drugiej strony utrzyma najlepsze standardy zatęchłych lochów. Co otrzymałem? Płytę na miarę moich oczekiwań. Trochę tego, trochę tamtego, niestety konkretów najmniej. Z drugiej strony zadając głupie pytanie, nie oczekuj mądrej odpowiedzi. Często o tym zapominam.

Rzadko rozbijam recenzję na poszczególne utwory, gdyż uważam, że najważniejsze jest wrażenie i efekt całości. No chyba, że pisalibyśmy o składance singli czy najlepszych numerów, to inna sprawa, ale te recenzuję rzadko. W przypadku debiutu Wilczycy mamy do czynienia z taką mieszanką, że muszę potraktować go jak zbiór nawet nie singli, czy hitów, ale na przykład niepublikowanych dotąd numerów, które nie zmieściły się na wydanych wcześniej albumach. Bo tu wszystko jest z innej parafii. W ciągu pół godziny przelatujemy od bezwzględnego, piwnicznego black metalu, poprzez Kata z lat osiemdziesiątych, by wylądować obok Varga i pospacerować z nim przy dźwiękach „Filosofem”. No i teoretycznie wszystko fajnie, nie powinienem narzekać, bo wszystkie trzy style kocham. A jednak po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, w głowie zostaje chaos oraz krzyczące pytanie – o co tutaj chodzi? Zero spójności, myśli przewodniej czy jakiegokolwiek konkretnego kierunku. Ale po kolei, spróbujmy to uporządkować, bo chaosu i tak już mamy tu wystarczająco dużo. Wszystko rozpoczyna „Na Przeklętej Ziemi”. Fajnie się ten numer rozwija, szkoda tylko, że udany wstęp trwa przez ¾ utworu, potem chwila kanonady i koniec. Ewidentnie zmarnowany potencjał. Drugi „Ego Memini Inferno” to po prostu piwniczna agresja bez większego pomysłu, za to z chwytliwym tytułem wykrzyczanym jakieś dwadzieścia razy. Tytułowa „Wilczyca” to ni mniej ni więcej „Wyrocznia”, podana w bardziej blackowym sosie. Kocham „666” ale czy naprawdę – chcąc oddać zapewne hołd temu dziełu – nie można było wymyślić riffu bardziej oryginalnego? Tak czy siak, ze względu na mą miłość do Kata, słucha mi się tej kompozycji najlepiej z debiutu warszawiaków. Szkoda, że cała płyta taka nie jest, bo pomimo praktycznie jawnej zrzynki, narzekałbym mniej. Tak na marginesie – odniesień do Kata jest tu więcej, polecam zajrzeć do wkładki. Czwarta „Burza” rozpoczyna rozdział „kochamy Burzum” i w mniejszym lub większym stopniu, trwa on już do końca albumu. Ja również kocham Burzum. Ale to nie ta klasa, poza tym, to już trzeci element stylistycznej układanki i jest tego po prostu za dużo. Chaos. 

Chaos to mój główny zarzut skierowany do tego krążka. Są tu momenty naprawdę dobre, takie, które pokazują, że muzycy Wilczycy mają ciekawe pomysły i potencjał. Brakuje jednak zdecydowania, brakuje własnej krwi i ciała, za dużo tu nawiązań, powiązań, odwołań i przywołań. I oczywiście za dużo mętliku. Album nie zawsze musi być monolitem, nie musi być jednorodny, jednak powinien pozostawiać po sobie jednolite wrażenie, jakiekolwiek konkretne. A tu tego brak, nie jestem w stanie go podsumować, bo jak podsumować zbiór numerów z różnych parafii? Może spróbuję tak – mieli momenty lepsze, mieli gorsze. Na te najlepsze wciąż musimy poczekać. I ja poczekam, bo pomimo wszystko, coś mi mówi, że warto. 

Wilczyca - „Wilczyca”. Godz Ov War Productions, luty 2020.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza