piątek, 7 lutego 2020

Hamburgery w Cleveland.


Pisanie recenzji takich albumów uważam za kompletny nonsens. Precyzując – takich albumów w szczególności, bo generalnie uważam recenzje, w dzisiejszych czasach, za nikomu do niczego nie potrzebne. Dlaczego piszę o tym akurat przy okazji nowego krążka Midnight? Bo, po pierwsze, wszyscy już ten album słyszeli, a to – i tu po drugie – taki samograj, tak dobry w swojej bajce, że nie trzeba nikomu recenzji, by się o tym przekonać. Wystarczy go odpalić i już pierwszy numer mówi wszystko.

A potem jeszcze dziewięć kolejnych. Absolutny dynamit. Trzydzieści minut „venom metalu” na najwyższym poziomie. Nie ma tu kompletnie niczego, do czego można by się przyczepić. Ten album to jest jedno z najlepszych dzieł w historii black’n’rolla. W swojej bajce perfekcyjny. Każdy numer to hicior. Poziom bardzo wyrównany, ale oczywiście mam swoich faworytów. Zamykający krążek „You Can Drag Me Through Fire” to dla mnie numero uno. Pokazuje to siłę „Rebirth by Blasphemy”. Dziewięć numerów totalnego sztosu muzycznego a na koniec taki strzał! Midnight dawno nie był w takiej formie. Nigdy nie byłem jakimś totalnym fanatykiem, życia bym nie oddał, nie spodziewałem się więc cudów. Poprzednie krążki znam i lubię ale po kilku, max kilkunastu odsłuchach, szły na półkę i wracałem do nich od wielkiego dzwonu. Od tego nie mogę się uwolnić. Jakaś nowa moc wstąpiła w Athenara, bo przyłożył tu taką energią, taką mocą i taką melodią, że w głowie mam tylko taniec! W moim sercu było do tej pory – w takim graniu – miejsce dla tylko jednego zespołu. Teraz będę musiał przesunąć trochę „Welcome To Hell” i „Black Metal”, by zmieścić „Rebirth by Blasphemy”. Nie wyciągajcie tylko pochopnych wniosków – stary Venom to stary Venom, Midnight go nie przebije, ale tym albumem jest naprawdę blisko. Dlatego dzisiejsza twórczość Venom (są chyba nawet dwa teraz?) jest mi do niczego nie potrzebna. Mam Midnight. I Wy też macie, słuchacie, dlatego tego tekstu do niczego nie potrzebujecie. 

Po co więc te wypociny? Szczerze – z dwóch powodów. Primo: nie chcę o tym dziele zapomnieć na koniec roku (tak, mam sklerozę). Secundo: jeśli kogoś zastanawia tytuł tego tekstu, to wyjaśnienie będzie mógł poznać w najbliższej opublikowanej recenzji. Ale właśnie ze względu na te hamburgery, recenzja „Rebirth by Blasphemy” musiała się pojawić. Dziękuję za zrozumienie, o ile faktycznie ktoś tu cokolwiek rozumie. 

Midnight - „Rebirth by Blasphemy”. Metal Blade, styczeń 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza