środa, 15 stycznia 2020

Surowa północ.


Ruho czyli padlina. Nieuchronne skojarzenie z angielskim Carcass przychodzi szybko, jednak powinno także szybko odejść, gdyż są to dwa różne muzyczne światy (szczególnie biorąc pod uwagę dzisiejszą popelinę graną przez wyspiarską legendę). Padlina z kraju tysiąca jezior, para się sztuką tamże najpopularniejszą (zaraz po piciu oczywiście), czyli black metalem. Niedawno nakładem rodzimej Fallen Temple ukazał się ich drugi pełniak i to jemu się dziś przyjrzymy.

Zespół to ciekawy, szczególnie gdy prześledzimy personalne zawirowania. Jedynym stałym członkiem jest gitarzysta i wokalista (obecnie, bo kiedyś odpowiadał za wszystko) o pseudonimie Ivczz. To on jest twórcą pierwszego długograja, pochodzącego z 2015 roku „Pathways Through Flesh”. Nie słyszałem, więc odnosił się nie będę, teraz zresztą jest to inny zespół, gdyż od 2018 roku posiada czterech pełnoprawnych członków i jak mniemam, wszyscy oni w jakimś stopniu partycypowali w stworzeniu „The Devout Thrum”. Fińska padlina muzycznie stawia na black metal intensywny, o ciężkiej podbudowie, udanie zabarwionej wysokimi melodiami, charakterystycznymi dla norweskiej twórczości lat dziewięćdziesiątych. Te gitary to chyba najbardziej rozpoznawalny znak zespołu, w każdym razie na drugim albumie. Innym jest długość kompozycji, bo choć krążek trwa prawie pięćdziesiąt minut, to zawiera jedynie cztery utwory. Jest bardzo monolityczny i jednorodny, żadna z kompozycji nie wybija się ponad resztę, nie ma tu momentów wielce przebojowych, niewiele jest zaskakujących aranżacji czy też zmian nastroju, choć zwolnienia się zdarzają. Siłą muzyki Ruho są jednak te bardzo intensywne, szybkie momenty, które tu na szczęście dominują. Muzyka niesie z sobą moc, w ogromnej mierze jest to zasługa perkusji, brzmiącej potężnie jak na black metal. Ta energia nie pozwala się nudzić, choć momentami mam wrażenie pewnej monotonii. Sytuację ratują te mroźne, gitarowe, oszczędne melodie, kojarzące mi się zawsze z odludnymi, północnymi pejzażami. Bardzo fajnie, że są mocno wysunięte przed resztę dźwięków, pozwala to na ich niczym nie zmąconą adorację (może to i górnolotne, ale ja uwielbiam), buduje także bardzo dobry efekt końcowy brzmienia tego krążka. Produkcja generalnie jest z cyklu tych czystszych, choć oczywiście nie sterylnych. Daleko jej jednak do zatęchłej piwnicy, tu zresztą mało jest diabła, wszelkich klimatycznych i atmosferycznych odniesień szukałbym raczej wśród bezlitosnej północnej przyrody. Zimnej i tajemniczej, owianej delikatna aurą mistycyzmu. Tak odczytuję i odbieram ten album, będący w moim odczuciu hołdem dla surowego, północnego grania, czerpiącego inspirację w tym, co twórców otacza. 

Może mógłby być to krążek trochę krótszy, może mógłby być trochę bardziej zróżnicowany, może momentami przydałoby się tu i ówdzie wrzucić coś lżejszego w odbiorze, ale nie mam zamiaru narzekać, bo „The Devout Thrum” to solidna porcja grania i płyta do której mam ochotę wrócić. W black metalu szukam wielu rzeczy, ale jak zawsze podkreślam – najważniejszą jest naturalność i szczerość, emocje i pasja. Tutaj wszystkie te rzeczy znajduję a kiedy połączę je z aurą dalekiej północnej przyrody, którą mnie osobiście ten krążek przynosi, to tym bardziej jestem usatysfakcjonowany. 

Ruho - „The Devout Thrum”. Fallen Temple, listopad 2019.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza