środa, 22 stycznia 2020

Śląska duma.


Ależ pięknie Odour of Death rozwija się na naszych oczach! Gdy debiutowali w 2016 roku, nie spodziewałem się, że już trzy lata później będą bohaterami doskonałego splitu „Credo in Mortem”, który w mojej opinii sadowi ich w ekstraklasie polskiego black metalu. Zrobili to jednak i najwyraźniej nie mają zamiaru opuszczać elity, co potwierdzają wydanym właśnie czwartym materiałem studyjnym. „Satanic Devotion” ukazał się w styczniu, ale już teraz mogę Was zapewnić, że będę o tej epce pamiętał podczas grudniowych podsumowań 2020 roku.

Nie wiem, czy publikowanie manifestu, bądź też publiczne wyznanie wiary, dopiero po czterech latach od rozpoczęcia działalności, to dobra praktyka. W niektórych gałęziach działalności pewnie nie wzbudziłoby to zaufania, tu jednak mamy do czynienia z black metalem i nikt raczej chłopaków z Odour of Death o chrześcijaństwo nie posądzał. Jeśli jednak ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, to „Satanic Devotion” z powodzeniem je rozwieje. Epka ta jest jak 95 tez przybitych przez Lutra do drzwi szopy, z tą różnicą, że śląski duet przybija do nich truchło baranka. Trudno o bardziej dosadną formę samookreślenia oraz obwieszczenia światu, w co się wierzy i co kieruje autorami. Każda z czterech nowych kompozycji to wyrażone w pierwszej osobie oddanie ciemności. Nie są to teksty bardzo rozbudowane, ale tu przecież nie chodzi o tworzenie poematów na miarę Słowackiego. Doskonale oddają istotę rzeczy, są jak prosty, szybki cios, nie ma tu miejsca na dwuznaczności, owijanie w bawełnę czy metafory. Tytuł materiału podsumowuje i określa jego zawartość liryczną doskonale. Z zawartością muzyczną jest równie dobrze, o ile nie lepiej, bo momentami to prawdziwa black metalowa poezja. Siedemnaście z dwudziestu czterech minut (ostatnie siedem to udany cover „Enter the Eternal Fire” Bathory), to cztery świetnie współgrające ze sobą utwory, tworzące zwartą całość, choć nie będące w żadnym wypadku swoimi kopiami. Zespół prezentuje tu trochę łagodniejsze, niż na „Credo in Mortem”, oblicze, zarówno w warstwie kompozycyjnej jak i brzmieniowej. Materiał nie jest tak szybki, choć oczywiście przyspieszenia się trafiają, dominują jednak średnie tempa. Dobrze to jednak współgra z lirykami, bo czyni kompozycje dostojniejszymi, bardziej podniosłymi. Brzmienie jest czystsze, choć oczywiście nie krystaliczne. Taki zabieg doskonale podkreśla podniosłość tematyki. Wszystko tu ze sobą współgra i finalny efekt to dzieło niemal koncepcyjne. Panowie proponują dość prostą budowę utworów, ale pełną interesujących melodii i aranżacji. Nie ma szaleństw, ale cały czas dzieje się coś ciekawego, przyciągającego, wciągającego wręcz. Bo to jest naprawdę mocno chwytliwy materiał, wiele razy przyłapałem się na nuceniu wersów o zabiciu baranka i upuszczeniu mu krwi. Słucha się tego świetnie, ale nie tylko same dźwięki na to wpływają, także klimat. Odour of Death zaczynał od rzeczy pełnych mizantropii i gniewnej rozpaczy, którą na pełniaku wzbogacił o strach i grozę, następnie zaserwował nam dawkę nienawiści i agresji, by na „Satanic Devotion” bardzo mocno uderzyć w struny podniosłe. W każdym z tych światów sprawdzał się bardzo dobrze, choć przecież każdy to inna opowieść. Nie wiem gdzie zawędrują z kolejnym wydawnictwem, ale nie będę sobie tym w tej chwili zaprzątał głowy, skoro wiem, że gdziekolwiek by to nie było, oni sobie poradzą. 

Bardzo jestem zbudowany rozwojem tego zespołu, bardzo się cieszę, że chłopaki z mojego miasta robią tak dobrą muzykę i mam ogromną nadzieję, że to się nie zmieni. Ci, którzy jeszcze zespołu nie poznali, powinni to natychmiast nadrobić, bo to naprawdę czołówka krajowej sceny. 

A tutaj macie chwytliwe słowa piosenki, do nucenia (można na dowolną melodię) pod prysznicem / na ulicy / w szkole / w pracy / w kolejce do lekarza czy podczas obiadu z teściową: 

„Kill the lamb of god 
Spill it’s filthy blood” 

Odour of Death - „Satanic Devotion”. Lower Silesian Stronghold, styczeń 2020.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza