poniedziałek, 20 stycznia 2020

Rosyjska klasyka.


Rosja, choć kraj to ogromny, nigdy nie zalewała Świata dużą ilością black metalowych zespołów. Stosunek wielkości i liczby ludności, do wartościowych tworów muzycznych nie wygląda w przypadku dawnego kraju carów najlepiej. Nie wykluczam, że może kryć się tam sporo ciekawych projektów, jednak rzadko cokolwiek trafia na szersze europejskie salony podziemne. Czasami mam wrażenie, że wraz z naszą wschodnią granicą, kończy się black metalowy świat i zaczynają pola nieurodzaju. Pomimo tego, raz na jakiś czas, ojczyzna Dostojewskiego i Rachmaninowa wypluje z siebie coś wartego uwagi. Do tej kategorii bez wątpienia zalicza się najnowszy album Navjarmaahr, zatytułowany „Navje”.

Dla pochodzącego z Ludinowa, jednoosobowego projektu, jest to już trzeci pełny krążek. Navjarmaahr istnieje od 2006 roku i jego dyskografię uzupełniają dwa splity i dwa dema. Jest to moje pierwsze zetknięcie z nim, co pokazuje dobitnie, iż prawdopodobnie w dostępności i promocji (nawet tej choćby podziemnej) rosyjskich zespołów leży pies pogrzebany. Dopiero wydanie najnowszego krążka w polskiej wytwórni spowodowało nasze poznanie. I tutaj po raz kolejny ukłony dla Werewolf Promotion, bo to album zasługujący na dostrzeżenie poza granicami Rosji. Niby nic nowego, niby nic odkrywczego, ot – klasyczne black metalowe granie, płyta jakich były już tysiące, ale słucha się tego bardzo, bardzo dobrze – a przecież o to właśnie chodzi. Rewolucji już w ojczyźnie Navjarmaahr mieliśmy dość, kolejne nie są potrzebne. „Navje” to dziewięć utworów dających trzydzieści dwie minuty muzyki. Melodyjne to granie, dość klarowne i chwytliwe, z doskonale wyważonymi akcentami i mądrze zbalansowanym wachlarzem emocji. Jest tu wszystko co czyni black metal ciekawym, jednak na szczęście nie wszystko co czyni go przystępnym dla pierwszego lepszego, znudzonego nastolatka. Brzmienie, choć dalekie od brudnego, nie jest na tyle wygładzone, by być odpychającym. Lekka dawka szorstkości zostaje zachowana a w momentach tchnących agresją, skojarzenia wędrują ku szwedzkim mistrzom gatunku. Navjarmaahr nie ucieka od fragmentów wolniejszych, lżejszych czy wręcz klimatycznych, jednak są to tylko chwile, które dodają płycie uroku, nie stanowiąc jednak o jej finalnym wydźwięku. To także album mocno gitarowy, co nie jest rzeczą w black metalu oczywistą. Sporo tu zagrywek rodem z gatunków lżejszych czy wręcz bliższych rockowej estetyce. Umiejętnie wkomponowane czynią płytę bogatszą, ciekawszą i w dużej mierze odpowiadają za to, że chcę do niej wracać. Podkreślam jednak – pomimo tych kilku nieoczywistych akcentów, jest to album na wskroś black metalowy i to klasycznie. Zagrany ze swadą, energią i pomysłem, nie nudzący, nie za długi, nie za krótki, po prostu skrojony na miarę i dający dużo satysfakcji. Daleki od wybitności, ale stojący ponad przeciętnością. Wszystko tu się zgadza, także bardzo ciekawa oprawa graficzna oraz jak zawsze – nienaganne wydanie, będące zasługą Werewolf Promotion. Jedyny minus to digipack, no ale nie można mieć wszystkiego. Polecam i na tym kończę, gdyż mam zamiar wykorzystać chwilę wolnego czasu i zapoznać się z poprzednimi wydawnictwami Navjarmaahr. Wódeczka już schłodzona, świeży chlebek pachnie pięknie - można zaczynać! 

Navjarmaahr - „Navje”. Werewolf Promotion, grudzień 2019.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza