poniedziałek, 27 stycznia 2020

Kocioł.


Trzymam właśnie w rękach wydawnictwo kolejnego zespołu, w którego skład wchodzi nasz ulubiony, niestrudzony Nowozelandczyk Andrzej, od lat mieszkający w Europie i ukrywający się pod pseudonimem Krigeist. Znacie go z Barshasketh, Belliciste (coś już o nich pisałem) i kilku innych projektów. Pod koniec 2019 roku podarował nam Nadsvest (też pisałem) a teraz dorzuca swoje trzy grosze (a raczej cztery struny) do najnowszego krążka serbskiego Svartgren. I znowu wygrywa, bo „Divlja vatra” to album bardzo dobry.

„Dziki ogień”, bo tak należy tłumaczyć (znaczy, google translate tak tłumaczy) tytuł drugiego pełniaka Svartgren, to dla Krigeist’a pierwszy owoc współpracy z tym zespołem. Nie wiem ile dodał od siebie, wiem jednak, że niczego nie spartolił. Z jego talentem byłoby to trudne, poza tym, wszyscy wiemy ile do powiedzenia w black metalu ma bas. Svartgren jednak nie do końca wpisuje się w ten schemat, bo gra muzykę gęstą, gorącą i intensywną a w takiej dobrze użyte cztery struny są w cenie. Tak, temperatura panuje tu wysoka. Wchodząc do kuchni, znajdziecie muzykę Svartgren nie w lodówce a w kipiącym garnku podskakującym na kuchence. W końcu to Bałkany, a to przecież zawsze był kocioł. Emocje muszą być, musi być energia, musi być pasja i wysokie ciśnienie. W każdym razie tytuł krążka dobrze oddaje jego zawartość. Czterdzieści minut szalonej energii, agresji, siły i dzikości. Niby nic nowego, gdyby nie ta siła. Drugi album Svartgren wyróżnia się niebywałą mocą i niskim brzmieniem, rzadko spotykanym w black metalu. Próżno szukać tu wysokich melodii i skrzeczących gitar. To jest ciężar, gęsty i zwarty, ale zarazem piekielnie energetyczny. Osiem kompozycji, które nie zwalniają. Osiem kompozycji, z pozoru bardzo podobnych do siebie, ale to wynik intensywności i gęstego brzmienia. Po bliższym poznaniu, stają się odrębnymi tworami, ze swoimi smaczkami, ukrytymi pod przesłoną potężnego dźwięku. Odrębnymi, jednak doskonale ze sobą sąsiadującymi i tworzącymi album spójny i jednolity w odbiorze. Jest tu kilka momentów hitowych, ale generalnie poziom jest bardzo wyrównany a momentów słabych nie znalazłem. „Divlja vatra” wciąga, z każdym kolejnym odsłuchem odkrywałem w niej coś nowego. By odnaleźć niektóre smaczki, naprawdę potrzeba czasu. Te wszystkie mięsiste riffy, niebanalne melodie, czy doskonale poprowadzone ścieżki wokalu, nie od razu wpadają w ucho. Słucham go już od kilku dobrych dni ale nie mogę powiedzieć, że znam go doskonale. I to jest jego wielki urok. Daj mi czas a zostaniesz wynagrodzony – powinni to napisać na okładce, bo w dzisiejszych czasach, przy tak wielkim zalewie nowości, słuchacze często bazują na pierwszym wrażeniu po jednym odsłuchu. A w przypadku tego krążka może być ono naprawdę mylące. Ale jak już Was trafi, to bez wątpienia będziecie do niego wracali. Energia tego albumu jest uzależniająca i choć jestem w stanie dość łatwo wymienić krążki lepsze (w rozumieniu – kładące mnie mocniej na łopatki), to długo musiałbym szukać czegoś o podobnym natężeniu energetycznym i intensywności. Polecam bardzo, nie tylko jako wkład do garnka! 

A teraz, panie Andrzeju, proszę skupić się na nowym materiale Belliciste. Bo czekam mocno. 

Svartgren - „Divlja vatra”. Werewolf Promotion, grudzień 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz