piątek, 31 stycznia 2020

Chwała Słońcu!


Nim zagłębimy się w to wydawnictwo, ustalmy sobie jedno. Helios, choć wielu kojarzy się z kinem, był (a może wciąż jest) greckim bogiem Słońca oraz jego uosobieniem (w grece Helios to po prostu Słońce). Sprawa jest poważna, bo gość był jednym z tytanów, każdego dnia przemierzał niebo swym rydwanem, dawał Światu życie i światło. Radość. Trzymał w ryzach czas, wyznaczając dzień. Nie jestem więc pewien, czy zatytułowanie zbioru dźwięków, kojarzących się z ciemną otchłanią, jego imieniem, jest dobrym pomysłem. Takich wątpliwości nie mieli Portugalczycy z Summon, no ale u nich słońca nie brakuje, Helios obdarza ich szczodrze, pewnie więc wiedzą lepiej.

Nie mam dostępu do tekstów, ale szybkie i udane śledztwo (zajrzenie do wkładki), ustaliło, że koncept nowego materiału opiera się na thelemicznym rytuale adoracji Słońca zatytułowanym „Liber Resh vel Helios”, autorstwa Aleistera Crowleya. Nie będę w tym miejscu zagłębiał się w jego treść, ale jeśli ktoś zainteresowany, bez trudu znajdzie ją w sieci. Rzecz nie jest długa. Nie wiem czy została przytoczona tu co do słowa, ale podobnie sprawa ma się z trzecim studyjnym wydawnictwem Summon. „Helios” to trzy kompozycje dające dwadzieścia minut muzyki. Uczciwiej byłoby napisać, że dwadzieścia minut dźwięków, gdyż ostatni utwór tylko częściowo złożony jest z muzyki sensu stricto. To jednak szczegół, bo odgłosy, które słyszymy przez ostatnie cztery minuty „Helios III” dobrze dopełniają materiał i wzbogacają go o sporą dawkę tajemniczości, mroku i okultyzmu. Nic w tym dziwnego, tak być powinno skoro mamy do czynienia z Crowleyem (swoją drogą, pan ten przeżywa ostatnio renesans wśród metalowych twórców – pamiętacie „Matkę na Sabacie” Death Like Mass?). Reszta muzyki zawartej na „Helios” to Summon przepełniony Summon. Jeśli znacie poprzednie materiały, szczególnie pełniak „Parazv Il Zilitvv”, to nic Was tu bardzo nie zaskoczy. To co mi osobiście najbardziej rzuca się w uszy, to różnica w wyeksponowaniu gitar. Mam wrażenie, że pod tym względem „Helios” jest bardziej „klasyczny”, czyli po prostu lepiej te gitary słychać, nie są w tak ogromnym stopniu jedynie częścią muzycznej czeluści, jak to miało miejsce wcześniej. Chwilami da się też słyszeć, że Portugalczycy lubią zagrać rytmicznie, skocznie i miarowo, co czyni ten materiał bardziej ludzkim i stanowczo bardziej przystępnym. Nie zmienia to faktu, że Summon nadal jest sobą i wciąż oferuje nam bezdenną dźwiękową otchłań, która swoją konstrukcją zaprzecza wszelkim prawidłom muzyki rozrywkowej. Bo też przecież nie o rozrywkę tu chodzi. Można sławić Słońce, ale nie musi to oznaczać potańcówki pod gołym niebem na zatłoczonej plaży. Summon robi to poprzez swe ohydne dźwięki, które najpierw wygonią bydło z tejże plaży, by potem spokojnie oddać się adoracji jego majestatu. „Helios” taki właśnie jest – pierwszy kontakt jest trudny, ci, którzy mają uciec – uciekną. Ci, którzy zostaną, będą do niego wracali, bo ma w sobie trochę urzekającej mocy. Lekko uzależnia. Przyciąga. Daje do myślenia. Zbyt długo zażywany, może pomieszać zmysły. Jak słońce właśnie. Tak więc polecam, w odpowiednich dawkach. Wasz minister zdrowia. 

"Chwała Tobie, któryś jest Ra wschodzącym, 
I Tobie, któryś jest Ra pełnym mocy!" 

Summon - „Helios”. Godz Ov War Productions, luty 2019.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza