czwartek, 19 grudnia 2019

Trzeci do medali.


Antiq Records to wytwórnia, która wysoko stoi w moim rankingu tegorocznych odkryć. Francuzi wydają rzeczy ciekawe, niebanalne i warte uwagi. Początek roku przyniósł niesamowity, drugi album Véhémence - "Par le sang versé", listopad atakuje debiutem Tan Kozh. „Lignages Oubliés” szybko wskoczył na moje osobiste, tegoroczne francuskie podium (jest tam jeszcze Neptrecus z „Ars Gallica”) bo jest to kolejny album, który potwierdza, że chyba nikt nie potrafi tak dobrze budować średniowiecznego klimatu w black metalu jak Francuzi. Ten krążek oferuje go najmniej spośród całej trójki, jest za to doskonałym przykładem, jak nagrać płytę przebojową, lecz nie żenująco plastikową.


Bretończycy (Tan Kozh to po bretońsku Stary Ogień) zasłużyli nią co prawda tylko na najniższy stopień podium, bo do Véhémence czy Neptrecus trochę im brakuje, nie zmienia to jednak faktu, że kasują swym debiutem całą rzeszę dużo bardziej doświadczonych i znanych nazw. I przychodzi im to bardzo naturalnie i swobodnie. Słychać w tym albumie szerokie spektrum inspiracji, jest to zresztą krążek najmniej stricte black metalowy z tegorocznych, doskonałych francuskich propozycji. O ile tak Véhémence jak i Neptrecus, również czerpały spoza gatunku, tak Tan Kozh idzie w tym poszukiwaniu dalej. Nietrudno odnaleźć tu elementy death czy thrash metalu, umiejętnie wplecione w konwencję czarnego grania. Powoduje to, iż jest to płyta bardzo „metalowa”, chwytliwa czy wręcz przebojowa, jednak z dużym naciskiem na moc, agresję ale i klimat. Nie znajdziecie tu wesołych podskoków i krainy „piwko i metal”, bo to dzieło dużo bardziej posępne i ambitne, potrafi jednak porwać jak niejeden klasyk, przy którym spędzało się godziny. Czterdzieści cztery minuty black metalu pełnego bogatych aranżacji, ciekawych swą budową kompozycji i przede wszystkim gitarowych popisów. To kolejny wyróżnik „Lignages Oubliés”, nie spotykany przecież bardzo często na albumach black metalowych. Tu gitary mają naprawdę sporo wolności i zostały odpowiednio wysunięte, co daje nam ich dominującą pozycję, jest to jednak wielki plus, bo panowie wiedzą jak ich używać. Album zyskuje tym sposobem na urodzie, pozwala przypomnieć sobie, co jest podstawą muzyki, którą kochamy. Debiut Tan Kozh doskonale dopełnia mi tę francuską trójcę, właśnie dlatego, że klimatyczny jest najmniej, nie powiela więc poprzedników. Ale – co ważne – najmniej klimatyczny, nie znaczy, że bez klimatu. Co to to nie, moi drodzy. Jest go tu naprawdę sporo, trudno jednak dorównać w tym względzie Véhémence czy Neptrecus, poza tym, jest on tu budowany trochę innymi środkami. Oszczędniejszymi i bardziej klasycznymi, bo cała ta robota spoczywa na barkach gitar, które oczywiście – jak już pisałem – robią doskonałą robotę, jednak nie starają się być cały czas w jednym określonym kanonie, stąd atmosfera tego krążka nie jest tak jednoznaczna i wyraźna. Ale wciąż wielkie brawa dla gitarzystów, szczególnie za doskonałe partie akustyczne. 

Francuska scena rozwija się, w bardzo dla mnie pożądanym kierunku, wydając albumy oryginalne, przesiąknięte historią, klimatem dawnych wieków, momentami wręcz natchnione. Mi w to graj, bo im więcej emocji w black metalu, tym lepiej, o ile oczywiście są szczere. Tan Kozh to kolejna nazwa, którą należy zapisać w kajecie obserwatora, a katalog Antiq Records w wolnym czasie muszę dogłębnie przerobić, bo coś mi mówi, że tam może być więcej perełek. Po raz kolejny – vive la France!

Tan Kozh - „Lignages Oubliés”. Antiq Records, listopad 2019. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz