środa, 11 grudnia 2019

Rodem ze starego horroru.


Okładka pełnowymiarowego debiutu międzynarodowego projektu Undead wygląda jak plakat horroru sprzed kilku dekad. Czyli zajebiście. Kupili mnie tym w moment, w ogóle cała oprawa graficzna płyty jest w takim właśnie klimacie (można tu jeszcze dodać skojarzenia komiksowe) i prezentuje się doskonale. Już za samą otoczkę zespół ma u mnie plus, bo zrobione jest to naprawdę doskonale – ze smakiem, wyczuciem i w klimacie. Mocne otwarcie. Jak jest z muzyką? Nie współgra ona z moimi upodobaniami tak dobrze jak grafika, ale pamiętajmy – Undead gra death metal.

A ja w ostatnim czasie nie jestem przecież najlepszym kumplem tego gatunku. Są oczywiście wyjątki, na czele z Blood Incantation, jednak Undead to muzycznie zupełnie inna bajka. Ale też fajna. To taki death, który trudno w pierwszej chwili jednoznacznie zaszufladkować. Ani to Szwecja, ani Stany, ni to gruz ni walec. I to intryguje, bo człowiek próbuje doszukać się jakichś korzeni, cech wspólnych, punktów odniesienia i dopiero po pewnym czasie zrozumiałem oczywistą prawdę – Undead ze swą mieszanką siedzi bardzo mocno w latach osiemdziesiątych, kiedy death metal dopiero się formował i był zlepkiem kilku gatunków. Słyszę tu trochę starego Master, słyszę też sporo podobieństw do zespołów określanych mianem black / death i to mówi mi jedno – Undead to dużo więcej niż death metal. Tu inspiracje i wpływy są bardzo szerokie i choć brzmi to wszystko zupełnie inaczej niż trzy dekady temu, to tam właśnie szukałbym odniesień. Kichać już jednak skojarzenia, bo jak wiadomo każdy ma swoje i nie ma sensu nikomu narzucać jakiegoś sposobu odbierania tego materiału. Bo zacny jest i bogaty. Dzieje się dużo. Przede wszystkim to bardzo gitarowa płyta. Nie spotka Was tu ściana dźwięku, przestrzeni jest sporo ale dzięki temu szaleją riffy i fajne melodie. Jest miejsce dla dynamicznych solówek i pole do popisu dla sekcji rytmicznej. Tu jednak trochę brakuje mi lepiej wyciągniętego basu, dodałby więcej głębi, ale właśnie to jest jeden z elementów zbliżających Undead do całego grona kapel parających się black / death metalem. Największym atutem tego albumu jest jego dynamika. Nie sposób wysiedzieć przy nim bez ruchu, pędzi do przodu i właściwie ani na moment się nie zatrzymuje. Ta energia wsparta solidnym brzmieniem daje naprawdę przyjemny dla ucha efekt. Dość szybko przestaje się człowiek zastanawiać co oni takiego grają i zaczyna skupiać się na samej muzyce a to jest bardzo pozytywny znak. Nie będę pisał, że to dzieło wybitne, bo nie jest takowym, ale solidne bardzo a co najważniejsze – w dzisiejszych czasach oryginalne. Gdy na scenie dominuje gruz, bądź granie wciąż tych samych szwedzkich czy amerykańskich patentów, Undead oferuje coś zupełnie innego. Ze swoją muzyką mają szansę trafić w gusta szerokiego grona odbiorców. Nie wróżę oczywiście kariery stadionowej, ale dzięki sporemu spektrum inspiracji, wielu starych wyjadaczy znajdzie tu coś dla siebie. Ja jestem na tak, choć oczywiście Undead moją codziennością się nie stanie. No ale jasnym jest, że ten album nie powstał dla koneserów leśnego black metalu. A jednak nawet i takowych może zainteresować. 

Kolejny udany zagraniczny strzał Grega. Strach pomyśleć jakich transferów dokonywałby szef Godz Ov War gdyby dysponował siecią skautów rozsianych po całym Świecie. Kto wie, może kiedyś? Zgłaszam swój akces do rejonu Skandynawia / Finlandia, Grzesiu! 


Undead - „Existential Horror”. Godz Ov War Productions, październik 2019.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza