środa, 25 grudnia 2019

Jak diabeł z pudełka.


Końcówka roku to okres podsumowań minionych dwunastu miesięcy, co nie dziwi (no chyba, że ktoś zabiera się za nie w listopadzie), stąd też i ja szykowałem się już do stworzenia listy moich ulubionych tegorocznych albumów – ba! – już praktycznie była ona gotowa, gdy po raz kolejny potwierdziło się stare ludowe powiedzenie: jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy (dlatego pamiętajcie – lepiej biegać niż chodzić). W tym przypadku na pewno się cieszył, bo wyskoczył jak z pudełka i wręczył mi debiut szwajcarów z Chimæra. Zrobił to w ostatniej chwili, no ale gol w dziewięćdziesiątej minucie jest tak samo ważny jak ten w dwudziestej. I tym sposobem panowie z Berna i ich „Of Occult Signs and War” wskoczyli na wspomnianą już listę i zostali debiutantami roku.

Trochę jestem zaskoczony ciszą, jaka panuje wokół tego wydawnictwa, w każdym razie na naszym podwórku. Fakt, płyta ukazała się trzydziestego listopada w ilości dwustu sztuk, nakładem szerzej nieznanej Thanatoskult Records, ale w dobie internetu, sami wiecie – nie muszę tłumaczyć. Dla mnie już po pierwszym odsłuchu było pewne, że to ciekawy i dobry krążek, musiał jednak chwilę odczekać w nawale zalegających wydawnictw i na poważnie zabrałem się za niego dopiero jakiś tydzień temu. I po każdym spotkaniu byłem coraz bardziej pewien, że to jedna z lepszych rzeczy, jakie ukazały się w 2019 roku. Chimæra istnieje od czterech lat, trochę więc musiało wody w Aare upłynąć, nim zdecydowali się zadebiutować, nie ma to jednak znaczenia, bo zrobili to z przytupem, wchodząc do podziemia z drzwiami. „Of Occult Signs and War” to prawie trzydzieści pięć minut porywającego black metalu, w którym dużo rock’n’rolla a tytuły takie jak „To Hell”, tylko wzmacniają skojarzenia z prekursorami gatunku – wczesnym Bathory czy Venom. Jest w muzyce Szwajcarów dużo pierwotnej dzikości, piekielnego tańca i naturalnej mocy, choć oczywiście podane to wszystko zostało w sosie dnia dzisiejszego. Chimæra nie sili się na artystyczne uniesienia pełne duchowych przeżyć, z drugiej jednak strony nie jest to na pewno album wypełniony tylko i wyłącznie bluźnierczą gonitwą. Znajdziemy tu momenty wzniosłe, chwile ku zadumie, ale primo - są one niesamowicie naturalne, secundo – stanowią dopełnienie szczerej dzikości i pełnego agresji black metalu, odwołującego się do najlepszych wzorców. Te ostatnie osadzone są jednak bardziej w latach osiemdziesiątych niż w klasyce drugiej fali i dzięki temu jest to album zaskakujący świeżością. Jak to możliwe? A tak, że panowie mają świetne pomysły aranżacyjne i potrafią stare patenty ciekawie wkomponować w nowe ramy. Choćby te wszystkie gitarowe szaleństwa, solówki, zawijasy i salta! Nie jest to przecież coś codziennego w black metalu, tu natomiast brzmi jakby gatunek ten był na nich zbudowany. Jest to jednak przede wszystkim krążek porywający (momentami czysty rock’n’roll!), niesamowicie energiczny i naturalny. I tu też widzę odniesienie do dekady, kiedy wszystko się rodziło. Zawsze mnie takie podejście ujmuje, bo doceniam pasję i szczerość, oddanie i miłość do tego, co się tworzy. A jeszcze jak jest to zrobione tak udanie jak na „Of Occult Signs and War” to nic tylko przyklasnąć, słuchać i oczekiwać kolejnych wydawnictw. 

Często walczę w myślach sam ze sobą i zastanawiam się, czy ten cały cholerny Internet robi więcej dobrego dla ukochanej muzyki, czy jednak złego i lepiej byłoby, gdyby go nie było. Wiadomo, rozważania kompletnie jałowe, bo on jest i nie zniknie. Debiut Chimæra to jednak argument „za”, bo przecież bez niego bym go nie poznał. I w takich momentach jestem wdzięczny, że istnieje. Albumu możecie posłuchać na Bandcampie, YouTube, oraz oczywiście za pośrednictwem tego pierwszego nabyć wydanie fizyczne. Ja mam zamiar to uczynić. 

Chimæra - „Of Occult Signs and War”. Thanatoskult Records, listopad 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz