niedziela, 8 grudnia 2019

Góra urosła.


Bez wyrywania paznokci przyznaję, iż pełnowymiarowy debiut Azel’s Mountain lekko przespałem, poświęciłem mu chyba ze dwa pobieżne odsłuchy i zapomniałem, że się ukazał. Nie pamiętam już czemu stało się tak a nie inaczej, nie ma to dzisiaj żadnego znaczenia. Jednak jako profesjonalista (mam dziś wybitny humor!), odświeżyłem sobie „Górę Milczenia”, na okoliczność recenzji drugiego albumu zespołu, który od tamtej pory zdążył znacząco zmienić skład oraz delikatnie samą nazwę. Zapomnijcie o apostrofie, powitajcie „Wieczny Sen”.

Zmiana nazwy wiąże się ze zmianą w składzie a konkretnie odejściem jednego z założycieli. Nie mam zamiaru rozpisywać się tu o personalnych przetasowaniach, dla mnie najważniejsze jest to, że nowy Azels Mountain podoba mi się dużo bardziej od starego. Wspominałem o ponownym podejściu do „Góry Milczenia” i tak też się stało, jednak po jednym odsłuchu wiedziałem z ogromną pewnością, że dla mnie ten zespół zaczyna się od „Wiecznego Snu”. Pełnowymiarowy debiut po prostu mnie nudzi i nie mam zamiaru tego ukrywać. Inaczej sprawa ma się z jego następcą, bo to album dużo bardziej dojrzały i ciekawy. Historia zna wiele przypadków nieudanego połączenia black metalu z pogańskim przesłaniem, także w kraju nad Wisłą. Często wychodziło to żenująco, pompatycznie czy po prostu zabawnie. Tylko nieliczni potrafili zrobić to z głową, naturalnie i przekonująco na tyle, by nie wzbudzić politowania. Azels Mountain na swym drugim albumie broni się w tym wymiarze, choć pewne rzeczy można było zrobić lepiej. Kłują w oczy niektóre grafiki, część tekstów sprawia wrażenie pisanych przez zapalonego do boju romantycznego piętnastolatka, ale z drugiej strony są i takie, które zaskakują bardzo pozytywnie. Na szczęście muzycznie nie zostały one nadto podkreślone, tak więc podczas odsłuchu nie rażą. Całościowo album sprawia dobre wrażenie, bo po pierwsze – bardzo duży krok naprzód wykonał wokalista. Odnosząc jego robotę do poprzedniego krążka, można stwierdzić, że wręcz milowy. Partie są zróżnicowane, ciekawe, głębsze. Instrumentaliści też nie próżnowali, bo „Wieczny Sen” nie nudzi. Nie będę ściemniał i pisał, że porwał mnie jak huragan, ale (w przeciwieństwie do poprzednika) kilka odsłuchów to przyjemność, nie udręka. Jest to więc spory postęp. A trzeba wziąć pod uwagę, że Azels Mountain gra black metal klasyczny, lekko tylko zabarwiony pierwiastkami „folkowymi”, odczuwalnymi jedynie w sferze melodii – czyli dokładnie to samo, co na poprzednim krążku. Fajnie, że pozostając w tym samym klimacie i środowisku, udało stworzyć się coś dużo bardziej interesującego. Całość trwa czterdzieści trzy minuty i choć nie brak tu kompozycji dłuższych, to są na tyle dobrze zaaranżowane, że mijają szybko. A do niektórych zwyczajnie chce się wracać, co więcej – kilka momentów jest tu naprawdę urzekających. Wszystko to bardzo dobrze wróży na przyszłość. Udała się jeszcze jedna rzecz, o której choćby taki Metal Archives nie wspomina, nie będę się więc rozpisywał – w skrócie, chodzi o zamknięcie albumu. Ciekawy pomysł i bardzo fajne wykonanie. Podsumowując – jak najbardziej na plus, dodaję zespół do obserwowanych ;) 

Azels Mountain - „Wieczny Sen”. Werewolf Promotion, wrzesień 2019.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza