piątek, 15 listopada 2019

Udany powrót.


Rzut okiem na skład Dold Vorde Ens Navn może spowodować przyspieszenie pulsu, ale nic to dziwnego, skoro zespół ten tworzą doświadczeni ludzie związani z takimi legendami jak Dodheimsgard, Ved Buens Ende czy Ulver. Ten ostatni akcent cieszy mnie szczególnie, bo przywraca do black metalowego życia Haavarda, gitarzystę, który maczał swe ręce w najlepszych wydawnictwach norweskich Wilków (użycie tej formy jako skojarzenia jest dość przewrotne, bo Haavard na co dzień gra pop-rock). Czy współpraca takich tuzów gwarantuje sukces? Historia dowodzi, że niekoniecznie, na szczęście Dold Vorde Ens Navn broni się bez wysiłku. Choć mogło być jeszcze lepiej.

Tak w każdym razie sugerował pierwszy utwór. „Den ensomme død” to wspaniałe połączenie dwóch okresów black metalu – lat osiemdziesiątych, mocno jeszcze siedzących w estetyce punkowej, oraz drugiej fali norweskiego black metalu, którą przecież ci panowie aktywnie tworzyli. Energia jaką ma w sobie ten numer to czysta agresja i punkowa złość na wszystko co nas otacza, zamknięta w motoryce prostej i dosadnej, okraszonej odpowiednimi wokalami, którym także bliżej do lat osiemdziesiątych i tylko czasami zespół ubarwia to wszystko klasycznymi wstawkami z drugiej fali. Wyszło to świetnie, bo to trochę taki norweski Celtic Frost / Hellhammer, czego wcześniej nie było. I szkoda, że „Gjengangere i hjertets mørke” nie brzmi tak do końca, bo byłaby to w jakimś stopniu perełka. Z drugiej strony fajnie, że brzmi tak jak brzmi, bo brzmi po prostu fajnie. Trzy kolejne kompozycje to już repertuar dużo bardziej do klasycznej Norwegii zbliżony, choć wciąż mający w sobie pewną dawkę dekady wcześniejszej. Nie ma w tym absolutnie nic złego, szkoda tylko, że pierwszy utwór nie wyznaczył kursu dla całego debiutu. Słychać tu natomiast wielkie doświadczenie, ogromne umiejętności i możliwości poszczególnych muzyków. Skala gitarowych aranżacji (gdy wchodzi gitara klasyczna, trudno ją pomylić z kimś innym - Haavard nigdy nie powinien był opuszczać black metalu ) czy spektrum wokalne (Vicotnik, wiadomo) to rzeczy, które w największej mierze określają te dwadzieścia minut muzyki, ale zapomnieć nie wolno o sekcji, bo ta choćby w pierwszym utworze pokazuje doskonałe wyczucie i moc. Wszystko się tu zgadza, pomimo sporego bogactwa zastosowanych środków. Niczego nie jest za dużo, niczego za mało, słuchanie debiutu Dold Vorde Ens Navn to czysta przyjemność i gdyby tylko był to materiał dłuższy, nie obraziłbym się. Gdzieś ciągle w głowie siedzi mi ta zaprzepaszczona szansa pierwszego utworu, ale kto wie – może kiedyś w przyszłości panowie rozwiną tę formułę i dadzą nam wszystkim coś, czegoś my jeszcze nie słyszeli. 

Cieszy mnie powstanie tego zespołu. Przede wszystkim – i nie będę tego ukrywał – ze względu na osobę Haavarda, którego darzę wielkim szacunkiem i uważam za jednego z najbardziej utalentowanych gitarzystów norweskiej drugiej fali. Szkoda, że zniknął, fajnie, że wrócił. I liczę bardzo, że to nie jest jego ostatnie słowo w black metalu. 


Dold Vorde Ens Navn - „ Gjengangere i hjertets mørke”. Soulseller Records, wrzesień 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz