niedziela, 10 listopada 2019

Przecierając szlaki.


Martwa Aura to jedna z lepszych rodzimych hord black metalowych, ale jej muzycy nie skupiają się tylko i wyłącznie na niej. I dobrze, bo jak ktoś ma talent i umiejętności to głupio byłoby to marnować. Postanowili więc powołać do życia Annihilation Vortex, w którym plują na wszystko co święte za pomocą death metalu. Jak dobrze wiecie, nie jestem w ostatnim czasie wielkim fanem tego gatunku i naprawdę tylko nieliczne wydawnictwa przesłuchuję w całości, ale debiut poznaniaków jest bez wątpienia warty uwagi i poświęciłem mu dużo więcej czasu niż tylko jeden odsłuch.

Wraz z tym wydawnictwem i zespołem rośnie znaczenie sympatycznego człowieka występującego tu jako Jaszczur. Nie jest to może ksywa wzbudzająca sympatię, ale zaręczam, że Grzegorz to bardzo miły osobnik, którego znacie z takich zespołów jak Ur, Bloodthirst czy wspomniana już Martwa Aura. Chłop ma charakterystyczny głos i w przypadku debiutu Annihilation Vortex też trudno go z kimś pomylić. Przesyłam pozdrowienia Grzesiu i czekam na nowy Ur. Wróćmy do sedna dzisiejszego tekstu, czyli death metalowego lania po mordzie, bo trudno ten album określić inaczej. „Nihilistic Spheres” nie jest może (a wręcz na pewno) najbrutalniejszym kawałkiem śmierć metalu jako zrodziła matka ziemia, ale nie brakuje mu niczego pod względem energii, mocy i dobrego kopa. A ja jeśli już mam pochylać się nad death metalem, to taki właśnie powinien być (wyjątkiem jest tu Blood Incantation, ale o tym kiedy indziej). Poznaniacy garściami czerpią ze starej dobrej szwedzkiej szkoły nie zapominając jednak o tej zza oceanu by wreszcie dodać coś od siebie. Debiut Annihilation Vortex to death metal klasyczny, bez poszukiwań, bez eksperymentów, stanowiący mieszankę wszystkiego co najlepsze i najprostsze (a w death metalu najczęściej to co najprostsze jest najlepsze). Efektem końcowym jest mieszanka wybuchowa bo to krążek, który ma w sobie wielką dawkę energii i siły. Nikt nie będzie o nim śpiewał pieśni, może nawet pamiętał go za pięć lat, ale słucha się go tu i teraz bardzo dobrze. Poza całą tą energią i gonitwą znajdziemy też trochę klimatu i aspiracji do dzieła głębszego (początek czwartego numeru a właściwie cały czwarty numer). Z drugiej strony wystarczy poczytać teksty by zauważyć, że nie jest to pierwszy lepszy death metalowy twór, który powstał tylko po to by pograć ciężką muzykę i popić wspólnie na próbach (choć oczywiście tego pewnie chłopakom nie brakuje). Jest w tym wszystkim większe i głębsze przesłanie (które na naszej scenie jest wciąż sporym tabu i można zaryzykować twierdzenie, że panowie przecierają szlaki) co dla mnie stanowi dużą wartość, bo jestem zwolennikiem śpiewania o czymś. Nie zmienia to faktu, że treścią muzyczną jest tu mięsisty, szybki death metal zagrany na tyle porywająco, że nie ma mowy o nudzie. Materiał nie jest długi, bo to tylko dwadzieścia sześć minut ale dzięki temu dostajemy w mordę skondensowaną dźwiękową bombą i nim się otrząśniemy chcemy dostać jeszcze raz. 

Fajnie, że panowie postanowili powołać do życia taki projekt. W dobie wymyślania, kombinowania (często na siłę), udziwniania i eksperymentowania, każdy konkretny, szczery i prosty metalowy strzał jest na wagę złota. Czekam na kolejne wydawnictwa, choć nie łudzę się, że będą ukazywały się często biorąc pod uwagę ilość projektów w które zaangażowani są muzycy Annihilation Vortex. Oby tylko nie porzucili tego przedsięwzięcia, bo rokuje bardzo dobrze. Na pohybel półksiężycowi! 

Annihilation Vortex - „Nihilistic Spheres”. Putrid Cult, czerwiec 2019.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz